Bo to skomplikowane…

Komplikacja to zbieg niepomyślnych okoliczności, które stanowią nieprzewidzianą przeszkodę w realizacji celów. Inaczej można ją określić jako powikłanie, problem, trudność, dylemat itd.

Avril Lavigne w piosence ,,Complicated” śpiewa: ,,Powiedz mi, dlaczego musisz wszystko tak komplikować?”



 

Usłyszałam ją kilka razy w radiu ostatnio, odnalazłam i słucham sobie. Zastanawiam się.

Mówimy: ,,To skomplikowane”, by nie tłumaczyć dalej. Nasze relacje są skomplikowane. U pacjenta po zabiegu czy operacji mogą pojawić się komplikacje. Wypadałoby też dodać, że ludzie bywają skomplikowani pod wpływem pewnych przeżyć, jakich doświadczyli. Czyjeś tłumaczenia mogą być dla nas skomplikowane w odbiorze. Np. na lekcji matematyki wiele razy coś było dla mnie skomplikowane… Lepiej tego nie wspominać. ;D

Jak to się dzieje, że z pozoru prosta sytuacja komplikuje się? Staje się problematyczna i to na tyle, że trudno znaleźć dobre rozwiązanie. Przez dokonane wybory i podjęte decyzje. Czasem specjalnie coś sobie komplikujemy, by stanowiło wyzwanie i pojawił się dreszczyk emocji.

Nie wszystko jest czarne lub białe. Byłoby prościej, lecz często coś przybiera odcienie szarości powstałe z połączenia obu wspomnianych barw. Może dzięki komplikacjom bywa ciekawie, ale zazwyczaj chce się ich uniknąć.

I co jeszcze zrobić, aby nie komplikować sobie życia?

 

Źródło:


https://sjp.pwn.pl/sjp/komplikacja;2472823.html


https://synonim.net/synonim/komplikacja

 

Uwaga na orzecha!

Wczoraj była niedziela pracująca. Pracowałam do 14, potem mnie zmieniała jedna z pań, z którymi pracuje, ta fajna dodaję, bo to ważny szczegół. Postanowiłam pójść na Netto, które znajduje się w tym samym budynku po coś na pocieszenie. Oczywiście z założenia miało to być coś ze słodyczy, czyli niezdrowe. Kupiłam prażynki i dwie paczki M&M’S, czyli orzeszków w kolorowych skorupkach. Dawno ich nie jadłam, no to kupiłam. Jedną z paczek wręczyłam tej właśnie pani, z którą pracuje, bo ona też mnie czasem czymś częstuje, a przed nią było jeszcze kilka długich godzin pracy.

Jakże teraz żałuję, że właśnie je wybrałam. Mogłam kupić coś innego. Ale cóż, mleko się rozlało. Wybór został dokonany i krzywda się stała i nie da się jej odwrócić. Niestety.

Co się wydarzyło?

Ta pani zaczęła od dzisiaj urlop i co mi powiedziała? Że złamała ząb na tych moich M&MS-ach. Jadła ostatniego i łup. Pękło. Ząb wyrwany. Zatkało mnie. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Tak strasznie głupio mi było. Kupiłam, bo je lubię, dawno nie jadłam, chciałam dobrze. A tu utrata zęba, wiążąca się zapewne z bólem. I to na sam początek urlopu. Nie ma co. A nie tylko to ma ta pani na głowie. Jeszcze irytująca teściowa i chory pies.

Niby to nie jest moja wina. No bo przecież ja własnoręcznie tego zęba nie złamałam i też skąd mogłam wiedzieć, że on się ukruszy przy zjedzeniu orzeszka. Jednego, małego orzeszka! I to ostatniego z paczki. Czuję się głupio i zapadałabym się pod ziemię najchętniej. Dołożyłam kłopotów. A to taka dobra kobieta jeszcze jest. Tak mi przykro, powiedziałam jej to. Co mogłam powiedzieć?

Tak na marginesie to wczoraj 13-ty był…

A niektórzy moi klienci chcieli, żebym im szczęście przynosiła…

No, nie ma takiej opcji.  Teraz już zdecydowanie nie.

Ten be, tamten też nie!

Samotność mi nie przeszkadza.

To tak jak napisała Maja na swoim blogu, samotność daje spokój, można zostać ze swoimi myślami, odpocząć od hałasu i innych ludzi. Po prostu pobyć sam na sam ze sobą. I to jest ok. Mi to odpowiada. Ba, ja tego potrzebuję.

Bycie singielką mi nie przeszkadza, choć mam momenty, gdy potrzebowałabym męskiego wsparcia. Ale nie jest mi źle. Nie narzekam. Umiem sobie radzić sama, a jak z czymś sobie poradzić nie mogę, idę i proszę o pomoc kogoś, kto się na tym zna lub zwracam się do fachowca.

To nie tak, że sobie wybrzydzam i odrzucam wszystkich zainteresowanych po kolei, mówiąc ,,Ten be, tamten też nie. Bo rudy, bo za niski, bo piegowaty czy ma krzywy nos.”

Liczą się inne kategorie.

Dlaczego w ogóle o tym piszę?

Piszę o tym, ponieważ przychodzi do mojego miejsca pracy pewien starszy pan, z którym zamieniłam kilka zdań, wśród nich dowiedział się, że nie mam chłopaka i od tamtej pory za każdym razem jak mnie widzi ubolewa nad tym faktem.

On ubolewa. Mi to nie przeszkadza. To nie tylko kwestia przyzwyczajenia do bycia samej. Nie wiem, czy odnalazłabym się w związku. Nie lubię ograniczeń, ingerowania w moje sprawy, nie podporządkowałabym się całkowicie komuś, gdyby chciał. Muszę zrobić po swojemu. Mogłabym pójść na kompromis, bo o tym zawsze można rozmawiać. Być może też zbytnia bliskość mnie przeraża i to, że już nie chciałabym mieć złamanego serca… A oddałabym je w całości. W dodatku mnie nie interesują krótkotrwałe przygody, a coś poważnego i prawdziwego. Jeśli już miałabym się zdecydować. Może kiedyś zmienię zdanie, ale w tej chwili takie mam założenie, że przygód nie chcę.

Co słyszę od tego pana?

Że sama, że mnie ma mnie kto pilnować tutaj w tym sklepie, że młoda, ładna i nie ma chłopaka. Odpowiadam, że no nie mam, nikt mnie nie chce, albo ja nie chcę tych, co chcą mnie i co mam zrobić, co poradzić na bycie samą? W sensie bez pary. Czy mam sobie napisać na koszulce, że szukam chłopaka i wyjść tak na ulicę? Nie przesadzajmy. Desperatką nie jestem. Alkoholika nie chcę.

Palacza zresztą też nie, bo nie znoszę papierosów i byłaby bardzo zadowolona, gdyby przestały istnieć. Tak więc z palaczem się nie umówię nawet na randkę. Weź się całuj z popielniczką albo z zatkniętym nosem, bo przecież ten zapach jest okropny. Ćpanie też nie wchodzi w grę.

On po prostu musi być taki, żeby mi pasował.

Mieć poczucie humoru, lubić książki, a przynajmniej rozumieć moje uwielbienie do nich. Mieć jakieś swoje pasje, no i nie wiem. Mieć to ,,coś”, co mnie do niego będzie przyciągać. Oczywiście, musi mnie akceptować taką, jaką jestem. A wiem, że jestem trudna czasem.

Nie będę tego wszystkiego tłumaczyć każdemu, kto mnie zapyta, dlaczego nie mam faceta, bo to za dużo mówienia i właściwie tłumaczyć się nikomu ze swojego życia nie muszę.

Tak się potoczyło i ja nie mam z tym specjalnego problemu.

Problem jest dopiero, gdy ktoś zaczyna mi o tym mówić i to tak jakby mi to umniejszało.

Kiedyś 20-stoparolatki określano mianem starej panny, a jakie one stare były? Pewnie wiązało się to też z szybszą śmiercią, ale no wiecie, rodzice ubolewali, że żaden kandydat dla ich córki się nie pojawia i wiercili dziurę w brzuchu tej biednej dziewczynie albo wydawano ją za dużo starszego faceta. Aranżowane małżeństwa to zło. Nie chciałabym, aby mnie spotkało. Ludzie powinni mieć wybór, z kim chcą spędzić swoje życie. Może nie każde ustawione małżeństwo było klapą, może małżonkowie się z czasem pokochali, ale nie. Po tysiąckroć ,,nie”.

Bycie singielką nie umniejsza. To nie jest mój wybór, jak u co niektórych. Po prostu miłość do mnie nie przyszła. Może jeszcze nie przyszła. A może już nie przyjdzie? Nie mam pojęcia i nie będę się nad tym głowić, bo jaki to ma sens? Na pewno nie jestem gorsza od tych, co są w związku.

Żyję swoim życiem. Realizuję się w innych dziedzinach i jestem z tego zadowolona, a to chyba ważne, co nie?

Powrót i ,,Droga życia”

Burza, która jakiś czas temu przeszła przez moją okolicę spowodowała, że spalił nam się nie tylko komputer stacjonarny, ale też gniazdo od telefonu, przez co pozbawiona byłam Internetu. Szanowni państwo z Orange po otrzymaniu zgłoszenia (dodzwonienie się tam graniczy z cudem, naprawdę) przyjechali trzy dni później (bo tyle mają na zajęcie się usterką) i wymienili, co trzeba. Przy okazji wcisnęli mamie router, a ja kupiłam router dwa dni wcześniej… No ale dobra, przyda się na zapas. Dziękuję za komentarze pozostawione pod poprzednim wpisem. ;)

No więc jak już wróciłam do wirtualnego świata, to opowiem o filmie, który niedawno oglądałam.

Film nosi tytuł ,,Droga życia”. Za reżyserię odpowiada Emilio Estevez, a w rolach głównych występują Martin Sheen, Deborah Kara Unger, Yorick van Wageningen i James Nesbitt.

Tom jest okulistą. Ma ok. 40-letniego syna, który porzuca robienie doktoratu i wyrusza na pielgrzymkę, podczas której ginie. Zaraz na samym początku. Ledwo jego droga się zaczęła, a już się skończyła. Jego ojciec przyjeżdża z Ameryki do Europy i postanawia dokończyć pielgrzymkę za syna, mając jego sprzęt i prochy, które pozostawia w różnych miejscach na drodze. Przy okazji poznaje innych ludzi, zmierzających na Camino de Santiago (Droga św. Jakuba), w Hiszpanii, mianowicie Joosta z Holandii, który dużo je i chce schudnąć, Sarah z Kanady, która przez całą wędrówkę powtarza, że jak dotrze do celu rzuci papierosy, lecz na końcu wcale tego nie robi, to tylko wymówka, dręczy ją coś innego, córka, który nigdy się nie narodziła, bo mąż ją bił oraz pisarza, Jacka, mającego problemy z weną twórczą. Może i Tom, główny bohater na początku nie pała do nich sympatią, ale z czasem zaczyna ich traktować jak przyjaciół. Nie, źle powiedziałam/napisałam, oni z czasem stają się przyjaciółmi i to jest piękne w tym filmie. Lekarz zmaga się ze swoją tragedią, z utratą dziecka, więc bywa nieprzyjemny dla swych towarzyszy. Widuje też ducha swojego syna.

276547.1

(Kadr z filmu, źródło: Filmweb, http://1.fwcdn.pl/ph/05/95/590595/276547.1.jpg)

Żadna z tych osób nie uważa się za specjalnie religijną, ale idą Camino de Santiago z nadzieją, że uda im się pokonać słabości, załatwić niedokończone sprawy czy rozprawić się z demonami przeszłości.

,,Droga życia” nie jest filmem, który jakoś wielce porywa, ale wciąga na tyle, że powoduje, iż chce się dowiedzieć, co będzie na końcu. Film ten poleciła mi siostra i długo nie mogłam się za niego zabrać. Jak się potem okazało, niepotrzebnie to odwlekałam. Warto obejrzeć, gdy się wątpi.

Gdy się zaczyna wątpić w Boga, w ludzi, w siebie.