Nie mów do mnie o miłości

,, Niedługo kupię dużo książek i będę je czytać. Wieczorami pójdę sobie do kina, a nocami będę słuchał deszczu spadającego na miasto. I tak będzie aż do wiosny. I aż do wiosny nie będę do nikogo mówił o miłości.” – pisał Marek Hłasko.

castles-616573_960_720

(Obrazek z Pixabay.com)

Znowu trochę poprzynudzam.

Wiosna nadeszła, choć wcale na to nie wygląda, bo za oknem zimno, pada deszcz i wieje wiatr. Panuje ponura aura, ludzie siedzą zamknięci w swoich domach, zamiast jeść lody na mieście i spacerować, wystawiając twarz do słońca.

Nie ukrywam, że miłość jest dla mnie drażliwym tematem. Mało o niej mówię. Nie chcę o niej mówić, pod jakąkolwiek postacią by się nie ujawniała. Trochę wstydzę się o niej mówić. Ani razu nie byłam w związku… Nie żebym nie miała szansy, bo pojawiło się kilka. Odrzuciłam je. Nie chcę tego tłumaczyć.

Ale przeczytałam właśnie pewien artykuł. O miłości, oczywiście. Jego autorka wyróżniła trzy jej rodzaje, mając na myśli to w kim się zakochujemy: Pierwszą Miłość, Drugą Miłość, zwaną Trudną Miłością oraz Trzecią Miłość, której się nie spodziewamy.

Analizując  swoje stany zakochania pod kątem tego tekstu, doszłam do wniosku, że te dwie pierwsze mam już za sobą, a Trzecią przed. ;D

Pierwsza miałaby się charakteryzować tym, że idealizujemy tą osobę, którą jesteśmy oczarowani. Liczymy, że będzie tym jedynym/jedyną, na zawsze. Druga przynosi ból, sprawia że robimy głupie rzeczy, byle tylko być z tym człowiekiem, na jakim nam zależy, nie widząc tego, że być może wcale do siebie nie pasujemy. A Trzecia, ta akurat nas zaskakuje, jest niespodziewana i to jest chyba właśnie ta odpowiednia, prawdziwa, bo partner po prostu nam pasuje, ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami. ;)

A dzisiaj za kupienie książki dostałam takiego oto kwiatka:

20170422_161128 — kopia Śmiałam się, że normalnie nie dostaję, to chociaż w sklepie mi dali. ;D

,,A Ty czego chcesz od życia?”

Na wstępie chcę powiedzieć, że wypożyczyłam ,,Jeżynową zimę” poleconą przez Leseratte. Na ,,Domek z piernika” jeszcze czekam, bo ktoś wypożyczył, a mają tylko jeden egzemplarz. Pamiętam też o Mrozie i Nesbo, o których pisaliście i tak jako ciekawostkę powiem, że jakimś dziwnym trafem wszystkie książki Remigiusza Mroza zniknęły z mojej biblioteki ;D. Domyślam się, że to naprawdę fenomenalne powieści. Do niektórych poleconych przez Was pozycji, które gdzieś kiedyś się pojawiły, nie dotarłam. Może kiedyś. ;)

A jak już o bibliotece mowa, to ,,świetnie”, kiedy starszy pan z wnuczką wpycha się przed ciebie i udaje, że cię nie widzi. To jest naprawdę ,,super” uczucie – być niedostrzeganą. (Bo ja taaaaka mała jestem…). Dopiero kiedy bibliotekarz zwraca uwagę, że ,,ta Pani była pierwsza”, posłał mi spojrzenie i przeprosił. Chociaż tyle.

Tak od siebie jeszcze, zanim przejdę do właściwego tematu tego wpisu, to trafiłam ostatnio w sieci na wywiady z Pawłem Reszką. Pomyślałam, że warto o tym wspomnieć, gdyż właśnie wyszła jego kolejna książka, zatytułowana ,,Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy”. Nie będę się o niej rozpisywać, bo nie przeczytałam, ale bardzo mnie zaciekawiła, choćby z racji tego, że autor sam wcielił się na jakiś czas w rolę sanitariusza, aby sprawdzić jak to naprawdę wygląda od środka.

Przechodząc już do właściwej części, o której chciałam napisać:

Jakiś tydzień temu prowadziłam rozmowę z koleżanką, podczas jakiej zadała mi pewne pytanie. Muszę zaznaczyć, że kompletnie zbiło mnie z tropu. Rozmawiałyśmy o zwykłych uczelnianych sprawach, zmieniając płynnie temat na marzenia i ona mnie pyta w pewnym momencie:

,,- A Ty czego chciałabyś od życia?”

Wytrzeszczyłam oczy do ekranu laptopa, powtarzając kilkakrotnie w głowie: – Czego ja chcę od życia? Czego ja chcę od życia?

O matko, czego ja chcę od życia?!

W końcu stwierdziłam, że odpowiem prosto i szczerze. Moja odpowiedź brzmiała następująco:

,,- Zwykłego szczęścia, spokoju, zdrowia, prawdziwej miłości, żebym po prostu była dla kogoś ważna, a jeśli chodzi o pracę, no to chciałabym taką, żebym ją lubiła. Nie muszę zarabiać kokosów, choć dobrze by było, bo dzisiaj trudno się utrzymać i ta kasa jest potrzebna, ale chciałabym robić coś, co lubię i trafić do miejsca, które by mi odpowiadało. Być po prostu szczęśliwa i tak sobie przeżyć spokojnie to życie”.

I tak właśnie, tego sobie bym chciała od tego życia. ;)

O dziewczynach, które walczyły o to, co dla nich ważne

Życie wcale nie jest długie. A otaczanie się wspomnieniami nie zawsze nas dołuje. Spoglądanie na fotografie, które zatrzymały w sobie daną chwilę, jaka już się nie powtórzy, ani nie wróci, nie zawsze łączy się ze smutkiem. Czasem wywołuje uśmiech lub daje motywację.

Zatrzymaną chwilą, która nie wróci – tym właśnie jest.

Mówię o tym, bo ostatnio poszłam wywołać zdjęcia. Między innymi z absolutorium, ze studniówki, z wycieczki do Katowic i kilka z siostrą, rodzicami i przyjaciółkami. Patrząc na nie widzę trochę inną siebie. Szczęśliwą siebie.

Właśnie przeczytałam książkę i chcę o niej opowiedzieć.

,,Dziewczyna, którą kochałeś” to historia tocząca się w dwóch przestrzeniach czasowych: podczas pierwszej wojny światowej i współcześnie, jakieś sto lat później. Jojo Moyes wprowadza nas do świata Sophie Lefevre, Francuzki, żony malarza i Olivii Halston, pochodzącej z Wielkiej Brytanii żony architekta, który zmarł podczas snu we własnym łóżku, mając niecałe 40 lat.

Losy obu bohaterek splatają się ze sobą, choć one same nigdy się nie poznały ze względu na upływ czasu i to, że nie do końca wiadomo, co właściwie stało się z Sophie Lefevre i jej mężem, Eduardem.

Mąż Sophie wyrusza na front, ona sama przyjeżdża do swojej siostry i pomaga jej w prowadzeniu hotelu w miasteczku okupowanym przez Niemców. Musi radzić sobie z tęsknotą, brakiem jedzenia, przenikliwym chłodem, z nienawiścią do okupanta i osądzaniem ludzi, którzy myślą, że została zdrajczynią. Młoda kobieta wykazuje się odwagą, dobrym sercem, sprytem i wielką miłością zarówno do męża, od którego nie docierają do niej żadne wiadomości, jak i do reszty rodziny.

Liv Halston z kolei jest trzydziestoletnią wdową, która nie może pogodzić się ze śmiercią męża. Jej sytuacja finansowa jest kiepska, delikatnie mówiąc. Ma trochę nieporadnego ojca, który nie widzi nic złego w paradowaniu po domu zupełnie nago, nawet gdy otwiera gościom drzwi. Bohaterka jest nieszczęśliwa, a w dodatku przyjaciele próbują ją swatać. Pewnego dnia w jej życiu pojawia się znajoma ze studiów i mężczyzna, jaki odmienia jej smutne dotychczas życie. Paul McCafferty zdecydowanie namieszał w życiu Olivii Halston.

Przechodząc w końcu do tego, co łączy obie kobiety?

Odpowiedź brzmi: Obraz zatytułowany ,,Dziewczyna, którą kochałeś”, uwieczniający młodą, rudowłosą Sophie Lefevre namalowany nie przez kogo innego, jak przez Eduarda Lefevre’a, będący w posiadaniu Liv Halston.

O ten właśnie obraz zostanie stoczona sądowa batalia, gdy rodzina malarza upomni się o ,,swą” własność. Zależy im jedynie na pieniądzach, jakie za niego otrzymają. Z kolei dla Olivii ma on znacznie większą wartość i na pewno nie zamierza go sprzedać. Portret ma ciekawą historię, jaką znają jedynie ci, którzy widzieli go w czasach toczącej się wojny, a większość z nich nie żyje. Ale większość nie znaczy, że wszyscy. Na końcu pojawi się postać  żyjąca w tamtym czasie i wyjaśni czy ,,Dziewczyna, którą kochałeś” została skradziona, czy podarowana.

Mamy miłosne historie, mamy czasy wojny i współczesność, dwie młode kobiety, walczące o to, co cenią i czego pragną, problemy, jakie muszą one rozwiązać, by odzyskać spokój i swoje szczęście, radość z życia. Oczywiście, uda im się, bo czy inaczej miałoby to sens? ;)

I mamy kluczowy element spajający całość: dzieło sztuki, które jednych zachwyciło, przez innych znienawidzone, a dla jeszcze innych stanowiące jedynie bardzo drogi przedmiot, dzięki jakiemu mogą się wzbogacić.

Ale w życiu nie chodzi tylko o pieniądze. Czasem ponad nie wybijają się inne wartości, co pokazuje Liv Halston.

Już bez zanudzania… I polecania, czy też nie, bo to tylko moje zapiski. ;)

Historia zwiędłych tulipanów

Zobaczyłam je leżące w autobusie. Trochę przywiędłe i  lekko pogniecione. Jeden znajdował się pod siedzeniem na podłodze. Szkoda było na niego patrzeć. Był najbardziej zniszczony. Pewnie niejednokrotnie miał bliskie spotkanie z podeszwą czyjegoś buta. Przykry widok, bo kwiaty piękne – czerwone tulipany.

Ktoś je posadził w ziemi i wyhodował. Nie wiem kto i nie wiem gdzie. Może w czyimś przydomowym ogródku, a może w specjalnej uprawie, skąd trafiły do sprzedaży.

Oczywiście, musiały być w dłoni jednego z pasażerów, aby znaleźć się w autobusie.

Czy zapomniał o nich?

Czy je po prostu tam porzucił?

Czy miały spocząć w wazonie, stojącym na ławie i uprzyjemnić posiłek?

Czy miały trafić w czyjeś ręce jako podarek?

A może chłopak wiózł je dla swojej dziewczyny, tylko po drodze pokłócili się przez telefon i zostawił je same sobie? Przynajmniej nie od razu spoczęły w koszu.

Tego już nikt się nie dowie.

Czy z ludźmi nie jest podobnie? Czy nie czują się opuszczeni, samotni, porzuceni przez kogoś na pastwę losu? Czy nie więdną jak te kwiaty, kiedy brakuje im celu w życiu, miłości, bliskości, obecności innej osoby, nadziei?

20170413_113854 — kopia(Zdjęcie własne.)

WESOŁYCH ŚWIĄT WIELKIEJ NOCY, KOCHANI!

Niecodzienne widoki

Cofając się o jakiś miesiąc wstecz:

Jechałam nocą po siostrę i kuzynkę. Niedaleko, tylko 3 km. Księżyc pięknie rzucał poświatę na wszystko w dole. Nie było się czym martwić.

Spokojnie sobie sunęłam po asfalcie, droga czysta, po bokach żadnych czających się w mroku sarnich oczu, które nieoczekiwanie miałby się znaleźć przed maską mojego samochodu.

Podjeżdżam pod dużą górkę, łączącą się z ostrym zakrętem.

I bam! Hamulec, redukcja. Oczy wytrzeszczone. Twarz niemal rozpłaszczona na przedniej szybie.

Przez drogę postanowiła przemknąć pękata, włochata kulka z białą sierścią, przypominająca borsuka. Jej sposób poruszanie się był przezabawny, jak tak sobie przypominam.

Zaznaczam, że borsuk to nie był. Ani szop. Pierwszy raz takie cudo widziałam na własne oczy.

Więc co?!

Głowiłam się nad tym przez dwa dni. Potem odpuściłam.

A tu nagle wczoraj, oglądając jakieś program informacyjny usłyszałam, jak mówią o szopach i jenotach w Polsce i jeszcze czymś z psowatych, co dopiero przywędrowało do nas, zapomniałam jak się nazywa.

Bam! Jenot.

Klawiatura laptopa poszła w ruch. Słowo wpisane, klik, wejście w grafikę Google. I to było to!

https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/564x/a6/eb/f7/a6ebf7888977537356271647f0c22b6d.jpg

Źródło: https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/564x/a6/eb/f7/a6ebf7888977537356271647f0c22b6d.jpg

Jenot należy do rodziny psowatych, a inne jego nazwy to np. lis japoński albo szop ussuryjski. Pierwotnie zamieszkiwał Azję Wschodnią. To tak jako krótka ciekawostka. Więcej pod tym linkiem:
http://www.ekologia.pl/ciekawostki/jenot-inwazyjny-gatunek-w-polsce,17986.htm
l.

Innym razem, ale to już za dnia, słyszę jak tata woła mnie po imieniu z podwórka. Dopiero przyjechał z pracy.

Co jest, pali się? – myślę. Wyszłam szybko na zewnątrz, pytając: – Co się dzieje?

- Patrz – mówi do mnie.

- Gdzie?

- Tam! Jelenie!

red-deer-1502899_960_720 

(Obrazek z pixabay. com)

Jak na ślepca przystało – nic nie zobaczyłam.

- Gdzie? – powtórzyłam.

Tata jeszcze raz wskazał mi kierunek.

O! Zaświtało. Kształty się wyłoniły z mgły.

Całe stado samych jeleni z rogami wystającymi z głowy przebiegało pole pod lasem. Ile ich mogło być? Ze 20, 30 sztuk na pewno. Może więcej. Niecodzienny widok, nawet dla mieszkańca wsi. Zapewne trwało wtedy rykowisko.

Niekończąca się opowieść telefoniczna

Wielu z Was zapewne zna film pt. ,,Niekończąca się opowieść”. Mimo że powstał w 1984 roku jest jednym z tych, które mogę oglądać kilkakrotnie i nie powiem, że mi się znudził. Tak jak ,,Titanic” czy ,,Kevin sam w domu”. Druga część ,,Niekończącej się opowieści” miała swoją premierę w 1990 roku. Obie oglądałam jako mała dziewczynka, ale nie będę dzisiaj opowiadać o filmie. Stanowi tylko wstęp do mojej niekończącej się opowieści…. telefonicznej.

Niekończącej w ujęciu takim, że się co jakiś czas powtarza i nie mam pojęcia o co właściwie chodzi.

phone-1644317_960_720(Obrazek z pixabay.com)

Historia zaczyna się w czasach, gdy jeszcze chodziłam do technikum, czyli jakieś 5 lat temu. Musiałam zmienić numer telefonu, bo moja karta wygasła. A miałam świetny do zapamiętania numer. Składał się prawie z samych zer. Żałowałam, że go straciłam, no ale nie ma co zbyt długo płakać nad rozlanym mlekiem. Kupiłam nową kartę.

I od tamtej pory wydzwaniano do mnie z jakichś nieznanych mi numerów. Na początku odbierałam, myśląc, że może ktoś po prostu potrzebuje się ze mną skontaktować, że ktoś ze znajomych może sam zmienił numer albo po prostu ktoś dzwoni od kogoś, bo skończyła mu się kasa na koncie – bywa.

Jednak dostając telefon raz, drugi, trzeci … piąty… dziesiąty, przestałam odbierać. Zaczęło mnie to niesamowicie irytować, bo ile można tłumaczyć, że nie jestem jakąś tam panią i nie pochodzę stąd i stąd. Jeśli myślicie, że moja ignorancja ich zniechęciła, to się mylicie. I tak dzwonili.

A dzwońcie sobie, myślałam, celowo nie odbierając. Ani się nie przedstawiacie, ani nie mówicie o co chodzi. Dlaczego w ogóle miałabym z wami rozmawiać, skoro mnie to nie dotyczy i powiedziałam wam, co powiedzieć miałam. Zdarzyło się nawet tak, że zaśmiałam się do słuchawki, akurat szłam z koleżanką i już wiedziałam, że znowu dostaję telefon od nich, pani się wielce oburzyła, pytając czy mnie to bawi. Na co to ja się zdenerwowałam, bo to co robili ci ludzie zahaczało o prześladowanie i nawet nie informowali mnie o co chodzi. Nie powiedziałam jej tego jednak. W zamian powtórzyłam raz jeszcze, że nie nazywam się tak i tak i nie jestem z miejscowości, jaką pani podała, ani nawet z takiego województwa. Na koniec dodałam, że nie życzę sobie więcej takich telefonów. Wtedy też udało mi się dowiedzieć, że to jakiś bank. Chociaż pracownik banku powinien się przedstawić i powiedzieć, z jakiego banku dzwoni, a tu to nie miało miejsca.

Na jakiś czas przestali do mnie wydzwaniać.

Byłam zadowolona, liczyłam, że dali mi spokój.

Przeliczyłam się.

Spokój trwał może kilka miesięcy.

Ale! Żeby było ciekawiej, gdy odebrałam dano mnie na głośnik. Znowu rozmawiałam z kobietą, ale miałam wrażenie, że jest tam więcej osób i mój głos po prostu się odbijał. Ponownie udzieliłam wyjaśnień, oczywiście bez podawania swoich danych. Ta sama wersja, co wcześniej.

Znowu nastąpiła cisza. I było fajnie, naprawdę przestali dzwonić.

A dzisiaj po powrocie z miasta, siedzę sobie, oglądam telewizję, w końcu kontaktując z otoczeniem, bo przez trzy dni męczyło mnie okropne przeziębienie i co? Dzwoni komórka. Numer nieznany, bodajże Warszawa mi się wyświetliła jako miejscowość, z której ktoś dzwonił. Mam rodzinę za Warszawą, ale nie mam z nikim stamtąd kontaktu.

Stwierdziłam, że niech będzie, odbiorę.

W słuchawce usłyszałam męski głos. Pan się przedstawił z imienia i nazwiska, ale nawet nie zapamiętałam. Pomijam fakt, że zrobił to w sposób szybszy niż lata odrzutowiec. I pytanie:

- Czy rozmawiam z (tu pada imię i nazwisko osobnika)? O ile dobrze skojarzyłam to imię było męskie, a nazwisko już obiło mi się o uszy.

- Nie – odpowiedziałam.

- A zna Pani (tu ponownie pada imię i nazwisko osobnika)?

- Nie, nie znam – mówię spokojnie. – Ten numer należy do mnie od kilku lat i jak słychać jestem kobietą, więc … – urwałam wymownie.

Pan się chyba lekko zapowietrzył, bo usłyszałam wciągane do płuc powietrze, a potem jego ton stał się ostrzejszy. Cóż, nie mówiłam tego chamskim czy złośliwym tonem. Stwierdzałam fakt.

- A czy dodzwoniłem się do (tu pada nazwa miejscowości, która jak sprawdziłam w Google leży w województwie łódzkim. Uwierzcie, to kawał drogi ode mnie.)?

- Nie – brzmiała moja kolejna odpowiedź.

- Dobrze – usłyszałam. – W takim razie nie będziemy już do Pani dzwonić – zapewnił.

Świetnie, pomyślałam, nie mając pojęcia, w jakiej sprawie dzwonił.

- Dziękuję – odrzekłam. – Do widzenia.

Pan się nawet nie pożegnał, a ja się rozłączyłam.

Teraz czekam, na ile jego zapewnienie okaże się prawdziwe.

Następnym razem nie będę przyjemnym rozmówcą. Nie lubię jak mnie ktoś napastuje, w tym telefonicznie.

Przed szpitalem

Stałam przed szpitalem.

To stary, niewielki budynek z czerwonej cegły.

Było pochmurno, niebo zrobiło się ciemne, zerwał się wiatr i zaczęło kropić. Po słońcu nie został żaden ślad.

Nie byłam tam sama. Stałam ze znajomą mamy, którą przywiozłam do miasta na zakupy.

To ten sam szpital, w jakim usuwano mi znamiona. I ten sam,w jakim mój wujek leżał po zwale serca.

To ten sam budynek, który zdarzało mi się dosyć często mijać.

To samo miejsce, w którym odwiedziłam jedną z przyjaciółek, gdy urodziła dziecko.

Kilka lat temu znajdowałam się niedaleko i do moich uszu doszedł nieziemski krzyk. Jakby kogoś żywcem obdzierano ze skóry, jakby komuś działa się krzywda. Dźwięk dochodził z góry, z drugiego pięta, a tam mieści się oddział ginekologiczny. Można się domyślić, skąd ten krzyk.

Nie wiem, czy zanim utworzono tam szpital, było tam coś innego. Czy może ,,od zawsze” była to placówka dla pacjentów i lekarzy.

Szpital to miejsce, gdzie rodzi się nowe życie, ale też miejsce, które odwiedza śmierć.

Wracając do początku.

Stałyśmy przed budynkiem, czekając na męża tej pani, ponieważ poszedł zrobić prześwietlenie. Ze środka wyszła starsza kobieta o kuli, którą prowadził młodszy mężczyzna. Prawdopodobnie jej syn. Znajoma mojej mamy prędzej niż ja zaoferowała swoją pomoc w zejściu po kilku schodach, które trzeba pokonać, aby znaleźć się na chodniku. Schorowana seniorka natychmiast zaoponowała i nie przyjęła oferty, tłumacząc, że boli ją ta druga strona, że ma tam opatrunki i podparła się na trzymanej przez siebie kuli. Z drugiej strony asekurował ją nadal syn.

Powolutku pokonała stopnie i znalazła się na płaskiej powierzchni.

Bariery architektoniczne to jedno, ale wstrząsnęło mną trochę to, co starsza kobieta powiedziała do swojego syna:

- Lepiej zostaw mnie pod śmietnikiem. Będziesz miał spokój.

Z moich ust wyrwało się mimowolnie: Ojj. Pomyślałam, że nie wolno tak mówić bliskiej osobie, nawet jeśli czujemy się ciężarem. Żal mi było tej pani, bo ból  i problemy z poruszaniem się naprawdę męczą. Do tego stopnia, że można mieć dość życia.

Ale też nie chciałabym usłyszeć od moich rodziców: zostaw mnie pod śmietnikiem…

Pod ŚMIETNIKIEM. Bo tam się zostawia zużyte, nieprzydatne rzeczy. Odpadki.

Rodzice opiekują się nami, gdy jesteśmy nieporadnymi, nie będącymi z stanie zaspokoić własnych potrzeb dziećmi, więc chyba jesteśmy im winni  zainteresowanie i jeśli trzeba opiekę, gdy dopadnie ich starość. I owszem, mogą jej nie chcieć, jak ta pani z kulą, lecz pomiędzy chcieć a potrzebować jest różnica.

Wiele starszych, niedomagających, schorowanych osób trafia do Domów Pomocy Społecznej (to, że trzeba spełnić odpowiednie warunki i  trudno się tam dostać to też już inna kwestia, jakiej poruszać nie będę). Przykry los. Dlatego też trochę na podziw zasługuje ten mężczyzna, który pomimo nalegań matki (zakładam, że nie pierwszy raz mu tak powiedziała), by ją zostawić, poszedł z nią do lekarza i zajmuje się nią. Warto dodać, że taka opieka nie jest łatwa.

Nudziarskie wywody

Rozmawiałyśmy i w pewnym momencie zapytała:

- Czy Ty nie masz innych tematów poza książkami, filmami i studiami?

Zastanowiłam się, po czym odpowiedziałam żartobliwie, że jeszcze interesuje mnie, co u niej słychać. Ale właściwie to coś było w Jej pytaniu. Bo głównie o tym mówię, tzn. o książkach, filmach i studiach, jeśli to ja mam zacząć rozmowę albo coś powiedzieć. To po prostu najbardziej mnie dotyczy i o tym mogę swobodnie rozmawiać. Uczestniczę w dyskusjach na różne tematy, żeby nie było, że jestem zamknięta. Poza tym wśród moich zainteresowań znajdują się jeszcze np. rysowanie, fotografia czy gotowanie albo podróże i zwiedzanie różnych miejsc, więc to nie jest tak, że całkowicie ograniczyłam się do trzech tematów rozmów. Najwidoczniej jestem nudna, choć z drugiej strony patrząc, zwyczajnie nie lubię mówić o sobie.

Czy nuda jest pojęciem pozytywnym, negatywnym czy neutralnym?

Moim zdaniem nuda wiąże się ze zniechęceniem, z brakiem aktywności, z brakiem zajęcia, które nas pochłania, wciąga. Gdy zaczynam się nudzić, nie potrafię znaleźć sobie miejsca, szukam sobie czegoś do wykonania, od biedy może być nawet sprzątanie, jeśli nic lepszego się nie trafia, byle coś robić.

Znudzony człowiek, np. uczeń w szkole podpiera głowę na ręce albo ziewa. Ewentualnie psoci lub rysuje po zeszytach ;D. W końcu nie każdy umie ciekawie coś przedstawiać, a taka fizyka czy geografia nie musi być czyimś ulubionym przedmiotem.

Bardzo rzadko się zdarza, że nie przeczytam jakiejś książki w całości (czy nie obejrzę  włączonego filmu do końca), ale kiedy naprawdę mnie nudzi, to ją odrzucam, nie kończąc. Szkoda czasu, w którym można przeczytać coś ciekawszego.

Ale też czy nuda jest taka zła? Czasem człowiek właśnie tego chce – po prostu się ponudzić, nie mieć nic na głowie. Bo też wtedy może trochę odpocząć.

Za to od nudy na pewno gorsi są nudziarze. Dlaczego? Bo nudę można przeżywać w samotności, a nudziarz stoi w pobliżu i stara się wciągnąć w nudną rozmowę, w której jedynie potakuję i udaję, że słucham, choć gdzieś w połowie tematu już przestałam i marzę o tym, żeby ta osoba się odczepiła, zamilkła albo żebym ja sama mogła się oddalić.

Każdy z nas ma różne zainteresowania, tematy na których zna się mniej lub więcej i choć jedni się czymś zachwycają, to drudzy nie muszą.

Jako że piątek…

Piątek i zarazem ostatni dzień marca. Gdybym miała jakoś podsumować ten miesiąc to powiedziałabym, że dostarczył mi trochę wrażeń: zaczęłam nowy semestr na studiach, spotkałam się z dawno niewidzianymi przyjaciółkami, zdarzyły się też jakieś przypadkowe spotkania ze znajomymi, zapisałam się na studium, z którego nic nie wyszło jak na razie, bo zabrakło kandydatów, aby otworzono kierunek. Pojawiło się trochę problemów, ale jakoś je porozwiązywałam, co wymagało poniekąd cierpliwości, której mi brakuje, o czym już pisałam. Straciłam chęci do działania, lecz powoli wracają. Marzec przyniósł wyzwania i uśmiech. Nie był taki najgorszy.

Jutro Prima Aprilis także nie dajcie się zwieść. ;)

A ja muszę zająć się kilkoma sprawami i mogę po raz kolejny trochę zaniedbać to miejsce.

Udanego weekendu! ;)

Kocie plotki, czyli trochę niepoważnie o problemach

Wracając dzisiaj do domu i mijając plac zabaw w jednej z miejscowości, dostrzegłam na ławce, która się tam znajdowała trzy koty: rudo-białego, szarego i biało-szarego, z tego, co zdążyłam zobaczyć. (Nie jestem pewna czy nie kręcił się tam też czwarty kot). Dwa wygodnie zajęły sobie miejsce na owej drewnianej ławce, a trzeci plątał się koło nich. Wyglądało to zabawnie, jakby zebrały się na plotki, tym bardziej że wiodły wzrokiem po otoczeniu. Moje kocie bliźniacze miśki zwykle okupują albo parapety, albo stół, przy którym siedzimy na podwórku w ciepłe dni i przytulają się do siebie. Słodko to wygląda.

O czym takie kocury mogłyby ze sobą plotkować? ;)

Wspominałam ostatnio o problemach w postaci czarnych chmur.

Chodzę ostatnio bardzo zmęczona, a właściwie nie mam wielu zajęć. Od kwietnia mi przybędą nowe. I tak jakoś nie mam chęci na nic, czytam sobie tylko i oglądam różne rzeczy, no i przygotowałam prezentacje na zaliczenie. Chcieli mi zmienić promotora. Napisałam dwa maile, na które nie dostałam odpowiedzi. Wczoraj pojechałam osobiście do innego instytutu, ale nie zastałam tej osoby, z którą chciałam porozmawiać. Zostawiłam karteczkę z wiadomością. Dzisiaj wybrałam się jeszcze raz. Może trochę to wygląda na nachalne, ale nie wiedziałyśmy, co mamy robić, a odpowiedzi jak nie było, tak nie było, a nam zależało, aby nie doszło do zmian. Czekałam więc pod drzwiami sali, w której odbywały się zajęcia 50 minut i na moje szczęście (Wiecie, postanowiłam się poświęcić i pojechać późniejszym autobusem, bo nie jestem miejscowa, a powrót do domu to dla mnie ok. 2 h i zwyczajnie cenię sobie swój czas. Poza tym, kto lubi czekać? No nie ja.) udało mi się uzyskać upragnioną informację wcześniej i jak na razie nie ma tej zmiany. Gdyby nastąpiła, to już zaczęłam rozważać ulotnienie się, porzucenie studiów. Mam kryzys studencki, przez który rozumiem to, że chyba się starzeję i już nie mam takiego zapału do studiowania, jak na licencjacie.

Inną kwestią jest to, że za pierwszym razem i teraz także wybrałam naukę społeczną, a boję się ludzi. Dosłownie, stąd też moje objawy, jakie tutaj nieraz i nie dwa opisywałam. Czy taki wybór był podświadomym działaniem, żeby zwalczyć ten lęk?

Jeszcze inna sprawa to taka, że w moim gronie znajomych, oni albo studiują i pracują, albo pozakładali rodziny, a ja, a ja staram się o uzyskanie tytułu magistra i to mnie trzyma w miejscu, w którym jestem.

Wróciło też trochę dawnych smutków, ale je stłumiłam. Staram się teraz myśleć o tym, co jest teraz, co się aktualnie dzieje, ale to też mnie trochę przytłacza.

Dostałam wynik od doktorka. Miałam pojechać do szpitala specjalnie w czwartek, ale cioci jednak udało się odebrać. Jest dobry, to samo, co na nodze.

Ostatnio zauważyłam, że dużo gestykuluję rękoma i no to różnie może być odbierane, ale ja wiem, że stresują mnie pewne rozmowy z kimś i dlatego sobie macham dłońmi. Czasem potrafię też się zaplątać przy mówieniu, nie do końca dobrze wytłumaczyć o co mi chodzi. Miałam dzisiaj prezentację do przedstawienia, dlatego o tym wspominam. Przeżyłam to…

Nie jestem dobra w gadaniu. Dużo lepsza jestem w słuchaniu. ;)

Pomarudzone to ja już skończę. ;)