A więc to koniec…

Ostatnio mało czasu poświęcałam temu miejscu i w ogóle sferze blogerskiej.

Przez myśl przeszło mi nawet, czy aby nie zakończyć owej kariery.

Było wahanie. Nie do końca chciałam.

Teraz jednak decyzja podejmuje się ,,sama”, bo Onet zamyka blog.pl.

Nie ukrywam, że przeżyłam szok, kiedy wchodząc dzisiaj na moje ulubione (wszystkie, które odwiedzam, takie są) blogi widziałam informacje o zmianach adresu i nie wiedziałam, czym jest to spowodowane. Już się dowiedziałam.

Jako że natłok zajęć i różnych zdarzeń powoduje, iż mój czas wolny jest ograniczony, nie zdecyduję się na przenosiny do innej platformy. Może kiedyś, niczego nie wykluczam.

Nie przedłużam.

Żegnam się, dziękując wszystkim za nawiązane znajomości, za wiele ciekawych treści, za opinie i rady, za humor, za to, że byliście dla mnie w moim świecie.

I teraz jeszcze Wam się przedstawię, by po raz być może ostatni dać coś od siebie.

Pisała dla Was nie Lena, a Dagmara jako Lena.

Jestem Julią

Imię Julia ma pochodzenie łacińskie i stanowi przekształconą formę imienia Juliusz.  Kobiety o tym imieniu cechuje klasa i nieśmiałość. Julia dobrze sprawdzi się w zawodach takich jak lekarz, prawnik czy modelka, o ile się zmobilizuje.

Ale jak ja nią zostałam?

Po raz pierwszy świadomie dokonałam takiego wyboru. Na bierzmowaniu przyjęłam za patronkę św. Julię. Nie byłam jakoś wyjątkowa w swoim wyborze. Julia z Kartaginy dostała się do niewoli, została sprzedana kupcowi, który usiłował nakłonić ją do zmiany wiary, czego nie zrobiła. Podróżowała ze swoim panem, m. in. przybyli do Korsyki, a tam zażądano od niej, aby oddała cześć pogańskim bóstwom, na co się nie zgodziła. Skazano ją na tortury. Jej pan nie zdołał jej ochronić i została ukrzyżowana. Miała ok. 20 lat.To jest jedna z wersji żywotu św. Julii. Dzisiaj jest ona jedną z najbardziej czczonych świętych we Włoszech, a za dzień, w którym wspomina się w Kościele katolickim św. Julię uznano 22 maj.

Wczoraj rano w pracy wpada do mnie koleżanka, z którą pracujemy w tym samym budynku.

- Ty masz na imię Lena!

Potwierdziłam lekko zszokowana, myśląc sobie: no a jak mam mieć na imię? Przedstawiałam jej się.

- A ja do Ciebie Julia wołam i Ty nic nie mówisz.

Roześmiałam się, jeszcze raz mówiąc, że tak, jestem Lena.

Cóż, wiedziałam, o co chodziło, gdy do mnie wołała, a że zawsze wtedy klientów pełno i u mnie i u niej, no to już nie krzyczałam na pół sklepu, że inaczej się nazywam.

Druga koleżanka z pracy wołała na mnie Dominika ;D. Na uczelni byłam też Darią bodajże, i Ewą.

I może podsumuję to piękną piosenką Eda Sheerana:



 

*Dla tych, którzy nie wiedzą – Lena nie jest moim prawdziwym imieniem. Posługuję się nim na potrzeby bloga.

 

Źródło:

1. https://pl.wikipedia.org/wiki/Julia_z_Korsyki

2. A. Sieradzki ,,Znaczenie imion”, Warszawa 2003, imię Julia.

Rozmowy o niczym

,,Milczenie jest złotem.” – głosi znana maksyma.

Niestety, niektórzy jakoś nie biorą jej sobie do serca i nie stosują. Usta nieprzerwanie im się poruszają, jakby bali się ciszy albo napawali się dźwiękiem własnego głosu. Podobno większość ludzi, gdy słyszy nagranie swojego głosu, stwierdza, że mu/jej się on nie podoba. A ci, co gadają o NICZYM, chyba mają wprost przeciwnie.

Dzisiaj jestem trochę wkurzona właśnie z powodu rozmów o niczym. Za takie uznaję rozmowy, które po prostu niewiele znaczą i temat szybko się wyczerpuje. Choć co niektórzy i takie tematy potrafią rozciągnąć. Jaki sens? Po co ciągnąć taką rozmowę, skoro nic ona nie wnosi? Żeby gardło sobie zedrzeć? Jak w ogóle podtrzymywać taką rozmowę? Gdy już nie chce mi się odpowiadać, bo nawet nie wiem co miałabym jeszcze dodać, po prostu kiwam głową lub pomrukuję na znak, że się zgadzam. Nie wiem, czy to jest satysfakcjonujące dla drugiej strony. Dla mnie niekoniecznie by było, choć te gesty znaczą, że się słucha, co ktoś mówi.

Nie lubię, kiedy ktoś się powtarza i znowu słyszę tą samą historię. Czasem powtórzenie jest potrzebne, bo można zapomnieć, nie usłyszeć itp. Ale słysząc w ciągu jednego tygodnia trzy razy coś, co już słyszało się dajmy na to dwa tygodnie wcześniej lub miesiąc wcześniej? Mówię stanowcze NIE.

Rozumiem, że ktoś ma potrzebę wygadania się, że  np. starsze osoby czują się osamotnione i zaczepiają kogoś w kolejkach, czy na przystankach, żeby sobie porozmawiać. Jestem z tych, co wolą słuchać niż mówić, ale nawet mnie jest w stanie wykończyć notoryczna gaduła. Osoby, które nie potrafią milczeć są dla mnie strasznie męczące.

Zastanawiam się, co dla nich jest złego w milczeniu i ciszy?

Tym bardziej, że swoim gadulstwem, czasem zupełnie niepotrzebnym same sobie szkodzą w otoczeniu, w którym przebywają i nawet tego nie widzą.

Lub nie chcą widzieć…

O datach i … wódce dla pani kasjerki

To był całkiem sympatyczny dzień. Pomimo tego, że autobus uciekł mi sprzed nosa (dosłownie!) i czekałam na kolejny 40 minut oraz pomimo tego, że zaliczenie mi się przesuwa (prawdopodobnie) na datę mojej wizyty u chirurga, której już nie mogę przełożyć, bo mi się skierowanie kończy 28-go. Coś nie po drodze z tą prezentacją chyba… Obym nie miała problemów przez to.

Z racji, że moja limuzyna odjechała beze mnie, trafiłam do poczekalni, gdzie następnie przyszła znajoma, której dawno nie widziałam. Rozmawiałyśmy, czas szybciej zleciał, a jeszcze wpadłyśmy w oko pewnemu blondynowi, który wręczył pani w kasie butelkę wódki! Biedna nie wiedziała, co ma zrobić, gdyż nie chciał jej z powrotem zabrać.

Odkąd zaczęłam magisterkę dużo mówię, co jest w ogóle do mnie niepodobne. Naprawdę, sama siebie nie poznaję pod tym względem.

Ale oczywiście nie o tym miałam pisać. Przechodzę więc do sedna.

Ostatnio wspominałam o urodzinach (również spędziłam całkiem miło ten dzień, dzięki przyjaciółce i paru innym osobom), a więc chodzi mi o daty.

Obchodzimy rocznice ślubu i inne, jubileusze itp. Konkretnego dnia.

Daty pojawiają się w szkole przy zapisywaniu tematów, przy listach obecności, w autobusach na tablicach pokazujących przystanki, w programach informacyjnych w telewizji i w radiu też. Jeśli ktoś ma pomysł, gdzie jeszcze, śmiało proszę pisać w komentarzu. ;)

W sklepach mamy możliwość kupienia różnego rodzaju kalendarzy, w których zapisujemy umówione spotkania, jakieś sprawy do załatwienia, kto i kiedy ma urodziny czy imieniny, itd.

U lekarza też nas umawiają na dany dzień i godzinę.

Dla mnie takie ważne dni to też np. dzień, w którym zdałam prawo jazdy (marzec), kolejny – obrona pracy licencjackiej (lipiec), skończenie szkoły średniej (kwiecień). Takie terminy, które kończą jakiś etap w życiu i są zarazem jakimś sukcesem. Choć też niekoniecznie, bo mam takie dwie daty, które wiążą się z czyją śmiercią i pamiętam je dlatego, że odcisnęły się jakoś bardziej w mojej głowie (to czerwiec i listopad).

W moim wpisie nie ma niczego odkrywczego. Kalendarz istnieje od dawna, jest w codziennym użyciu i nic w nim szczególnego nie ma. Rocznice i święta są obchodzone. Były i będą. Z tym, że jedne są ogólne, a drugie są właśnie takie własne, tylko nasze. ;)

 

Tu i teraz

Siedzę w ciepłym domu. Na zewnątrz jest ponuro i mokro. Nie chce się nosa wyściubiać. Szczęście, że nie ma wiatru, który wdzierałby się nieproszony pod ciuchy i odprawiał harce z moimi włosami.

Pozbierałam orzechy spod drzewa i nakarmiłam moje niegrzeczne kocie kulki.

Koleżanka z nowej grupy ogląda The Walking Dead. Stwierdziłam, że też zobaczę, bo i tak czekam na nowe sezony moich stałych ulubieńców. Zombie średnio mnie zachwyciły, wolałam przerwaną ,,Kwarantannę”.

Wczoraj zastanawiałam się nad tym, czy można być jednocześnie osobą egoistyczną i empatyczną.

Pomyślałam też, że dobrze byłoby wygospodarować choć niecałą godzinę na to, by poćwiczyć, poczytać, zrobić coś, co ostatnio zaniedbałam trochę. Nie wiem, czy się uda.

Ostatnio nie mam zbyt wiele do opowiadania.

Skupiam się na tu i teraz.