O Pani, przynieś mi szczęście!

O Pani, przynieś mi szczęście!

W dużym wiaderku,

W 5-litrowej butelce,

W drewnianej skrzyni,

W czarnej torbie, która nie rzuca się w oczy,

W wielkiej glinianej donicy.

Przyleć z nim balonem,

Przywieź samolotem, rowerem, samochodem.

Zbierz wszystkie kolory tęczy

I mi daj.

clovers-161400_960_720

(Źródło: Pixabay.com)

Za szczęśliwe znaki uznaje się np. koniczynę, podkowę, słoniki. Pożądamy szczęścia i to nie ulega wątpliwości. Bo kto chciałby być nieszczęśliwy? No nikt. Przez to szukamy go wszędzie i na różne sposoby. Ryzykujemy, by je mieć. Gramy w rozmaite gry, na przykład, co może stać się niebezpieczne. Ale nie będę tego zgłębiać. Uzależnić można się od wielu rzeczy, a wyjście z uzależnienia to trudna droga. To każdy wie.

Jako tzw. Nowa w pracy, sprzedając zdrapki i kupony Lotto usłyszałam kilka razy od klientów takie oto słowa:

- Oo nowa pani, to może mi przyniesie szczęście.

I tu nieco rozśmieszona, a nieco zmieszana z uśmiechem na twarzy odpowiadam, że życzę wygranej, ale raczej nie przynoszę szczęścia. Nie grałam nigdy w żadne loterie, poza tymi fantowymi w szkole, gdzie każdemu coś się trafiało. Jakoś nie ciągnęło mnie do gier typu: zaryzykuj, być może zyskasz. Być może, bo przecież nie wiadomo czy los coś kryje, czy jest pusty i tylko stracisz. Lepsze jest coś pewnego. Nie jestem też typem ryzykantki. Wolę też się o coś sama postarać, bo jak mówią: Łatwo przyszło, łatwo poszło. Poprzez włożony własny wysiłek bardziej się coś docenia.

Brak mi też szczęścia w miłości, więc jak ja mogę komuś szczęście przynieść? ;D

Wolałabym również, aby nie zrzucano na mnie odpowiedzialności.

Nie mówię, że jestem pechowa. Bo choć zdarza mi się mijać ze szczęściem, to jednak bywa też, że w czymś je mam. ;)

 

 

27

Ludzie w różne rzeczy wierzą. Albo nie wierzą. Zależy, co komu pasuje. ;)

Wiara czy niewiara – indywidualna sprawa.

Mój tata nie cierpi jak mu czarny kot przebiegnie drogę, a co mu ten kot zrobi? Nie wiem. Może podrapać albo ugryźć jak mu się zalezie za skórę ewentualnie.

Rozsypana sól? Stłuczone lustr? Będzie nieszczęście i to przez długi czas? A będzie? Jak je sobie ściągniemy sami na głowę, to będzie i obwinimy lustro albo sól… Nie siebie. No bo to ona się rozsypała, a my wcale nie zalegamy z żadnymi płatnościami np., choć rachunki leżą w szufladzie, a już po terminie zapłaty.

Czterolistna koniczyna? Szczęście! Od razu szeroki uśmiech pojawia się na twarzy. Jakby nie można było się uśmiechnąć ot tak, po prostu, by poczuć się lepiej. Sztućce upadły na podłogę? Przyjdzie ktoś głodny. Ogień strzela w piecu? Będą gości.

No i nie zapominajmy o ,,ulubieńcu” – piątku 13-go, zwłaszcza w maju. Lepiej nie wychodzić z domu, bo to już w ogóle katastrofa za katastrofą. Oczywiście, żartuję.

Wydaje mi się, że przesądy trochę służą nam za wymówkę. Nie mówię, że do końca w nie nie wierzę, bo a nuż się sprawdziło lub sprawdzi, ale większość uważam za bzdury, którymi nie warto się przejmować.

Do czego odnosi się tytułowa 27-ka? Na pewno o tym słyszeliście.

Odnosi się do przekonania o fatum nad artystami i Klubu 27, do którego ,,należą” znane osoby zmarłe w wieku 27-miu lat. Wśród nich znajdują się m. in.: Janis Joplin, Jim Morrison, Jimi Hendrix, Kurt Cobain i Amy Winehouse.

Jimi Hendrix zmarł 18 września 1970 roku na skutek, jak podaje Wikipedia ,,zachłyśnięciem się wymiocinami i zatruciem barbituranami”. Janis Joplin również zmarła w 1970 roku, w październiku. Za przyczynę jej śmierci uznaje się ostre zatrucie heroinowo-morfinowe w wyniku wstrzyknięcia nadmiernej dawki. Ciało piosenkarki poddano kremacji, a prochy rozsypano w Kalifornii nad Oceanem Spokojnym. Jim Morrsion zmarł 3 lipca 1971 roku w Paryżu. Znaleziono go w wannie we własnym mieszkaniu. Oficjalną wersją na temat przyczyny jego śmierci jest atak serca, ale istnieje prawdopodobieństwo, iż zgon nastąpił na skutek przedawkowania heroiny. Kurt Cobain umarł w kwietniu 1994 roku. Był uzależniony od heroiny. Poszedł na terapię odwykową, z której uciekł po kilu dniach. Popełnił samobójstwo, czyniąc swoją córkę półsierotą. Amy Winehouse znana chociażby z przeboju takiego jak ,,Back to Black” zmarła 23 lipca 2011 roku w Londynie. Znaleziono ją martwą w miejscu zamieszkania, a za przyczynę  śmierci uznano wstrząs wywołany zatruciem alkoholowym po okresie abstynencji. Aktor Anton Yelchin urodzony w Sankt Petersburgu również zmarł w wieku 27-miu lat, dokładnie 19 czerwca 2016 roku. Został przejechany przez samochód, który stoczył się z podjazdu przed jego domem.

British Medical Journal w 2011 roku ujawnił wyniki swoich badań, w których stwierdzono, że nie istnieje zwiększone ryzyko śmierci wśród muzyków mających 27 lat. Choć wymienieni artyści mieli zwiększone ryzyko śmierci w wieku 20-30 lat, liczba ta nie ograniczała się do 27.

Nie tylko 13-tka straszna…

Źródło:

1. https://pl.wikipedia.org/wiki/Klub_27

2. https://pl.wikipedia.org/wiki/Kurt_Cobain

3. https://pl.wikipedia.org/wiki/Amy_Winehouse

4. https://pl.wikipedia.org/wiki/Jim_Morrison

5. https://pl.wikipedia.org/wiki/Janis_Joplin

6. https://pl.wikipedia.org/wiki/Jimi_Hendrix

 

 

 

Spowiedź Człowieka Zmęczonego

Położyłam się i chciałam zasnąć. Ale nie mogę.

Przejęłam się swoim pierwszym dniem w pracy, zwłaszcza, że strzeliłam gafy i nie do końca jeszcze orientuję się w towarze.

Ten, kto stwierdził, że początki zawsze są trudne, nawet nie zdawał sobie sprawy, jak trafne jest to zdanie. Bez względu na to, czy to początek w nowej szkole, w nowym miejscu zamieszkania, na studiach, czy w pracy. Na początku nie jest łatwo.

Praca z ludźmi nie należy do łatwych. A pod względem wykształcenia też się na taką zdecydowałam… Nie wiem, czy to był dobry wybór, ale już idę w tą stronę. Na razie mnie to nie czyni nieszczęśliwą. Jestem ciekawa.

Szczególnie, gdy mierzymy się z lękiem wobec nich – ludzi, o którym nie rozpowiada się na prawo i lewo.

Dawno nie zagłębiałam się w siebie. Jakkolwiek to brzmi. Żyłam w swojej bezpiecznej bańce, ukrywając swoje uczucia i myśli. Nawet przed samą sobą.

Otoczona fioletowymi ścianami, otulona fioletowym kocem, z ustawionymi na parapecie zdjęciami w ramkach i tymi powieszonymi na ścianie, z koszykami kosmetyków i z półką, na której gromadzę książki i na której stoją dawniej zbierane przeze mnie figurki aniołów, słoni i innych postaci. Tu mi najlepiej. W moim pokoju. Jeśli po tym, jakie rzeczy znajdują się w czyimś pokoju można określić, jaki jest jego mieszkaniec, to raczej wychodzę na słodką czekoladkę niż na kobietę z charakterem. Ale co tam, czekoladki się lubi, co nie? ;) Poprzez dodanie paru akcentów może to być czekolada z chili i wtedy to by bardziej pasowało.

Odnosiłam sukcesy w nauce i to mnie budowało.

Opuszczałam tą swoją bańkę, gdy musiałam. Rzecz oczywista. A teraz muszę robić to coraz częściej. I nie wiem, czy podołam…. Lecz co by nie było, to byle nie mieć pretensji do siebie, że się nie starało.

A ja się starałam w wielu sprawach i działaniach. Jeśli coś nie wyszło, to nie wyszło i z tego zrezygnowałam.

Może niepotrzebnie, może zbyt szybko, to już nieważne i nie warto do tego wracać.

Może teraz zasnę.

A Jej tytuł: Mość Królewska

Pogoda oszalała (ja jeszcze nie).

I dlatego, oglądając telewizję, jak usłyszałam, że 29-latkę grającą nauczycielkę angielskiego tytuuje się ,,panią profesor” to ze złością pokręciłam głową.

Kiedy ona zdążyła tego profesora zrobić?!

Na uczelni mamy profesorów: zwyczajnych, nadzwyczajnych, doktorów habilitowanych też nazywamy profesorem, bo w sumie uzyskują taki tytuł od uniwersytetu, w którym pracują. Są też doktorzy, magistrzy, no i najniżsi w hierarchii studenci (niektórzy też z jakimś tytułem). Są też inni pracownicy, jak np. osławione ,,przemiłe” panie z dziekanatu czy pani lub pan z portierni.

Jak wiadomo studia licencjackie trwają 3 lata, tj. 6 semestrów, studia inżynierskie 3,5, magisterskie – 2 lata, czyli 4 semestry, no i mamy jeszcze studia jednolite trwające całe 5 lat, to będzie 10 semestrów. Oczywiście, bez żadnych utrudnień, które wystąpią po drodze, jak np. powtarzanie semestru. Wydaje mi się, że to całkiem ładny kawałek życia. Pominęłam zrobienie doktoratu, habilitacji i uzyskanie profesury, bo to też może zająć kilka lat. Poza tym nie orientuję się w tym dokładnie. Ale przy tym wymagane są publikacje, choćby w czasopismach naukowych, a to zapewne też trwa, zanim taki artykuł jeden, drugi, trzeci się ukaże i będzie można go zaliczyć do swojego dorobku naukowego.

Wśród wykładowców spotyka się takich, którzy są uczuleni na tytuły i nawet nie zareagują, gdy go nie użyjesz, jednak są też tacy, którzy mają to gdzieś. Każdemu szacunek trzeba okazać, to nie rodzi żadnych wątpliwości.

Wiadomo, telewizja mądrością nie grzeszy, choć czasem się zdarza, ale jak słyszę określenia ,,pani profesor”, a dana postać pracuje w szkole podstawowej czy liceum, gdzie wiadomo iż tam głównie pracują osoby po studiach drugiego stopnia albo ,,opieka społeczna” to nie umiem być obojętna. Opieka to coś innego niż pomoc. Kiedyś nawet zapytałyśmy o to swoich wykładowców na zajęciach i powiedzieli, że to terminy z PRL-u, a PRL się skończył. Niektórzy mogą nad tym ubolewać, ale go nie ma i powinno dotrzeć do ich czaszek, a dokładniej do tego, co pod nimi mają, a przynajmniej powinni mieć.

Pamiętam, jak w szkole średniej mieliśmy jeden z apeli, oczywiście wielce radzi byliśmy, że musimy tam stać i kwitnąć jak kaktusy na pustyni. W pewnym momencie wice-dyrektor, bądź co bądź nauczyciel geografii, którego nikt nie lubił, magister, żeby zaznaczyć ważny fakt poruszył temat zwracania się do nauczycieli per ,,pani profesor/panie profesorze. Niemal krew się we mnie zagotowała i oburzona powiedziałam do koleżanek, że przecież on magistrem jest i jak pokaże świstek, że ma profesora to ok, będę mówić. Może od razu Wasza Królewska Mość? Podobno nie tylko jego bolało, zwyczajne ,,Proszę Pana/Proszę Pani. Oj, wkurzona byłam. Jak się ktoś chce dowartościować to nie czyimś kosztem, tylko niech idzie i się kształci. Niech zasłuży, by się do niego tak zwracać. Nie tylko ja tak uważałam. Obok mnie stała nauczycielka religii i uciszała mnie, byłam naprawdę zbulwersowana takimi wymaganiami, że zaczęłam głośniej mówić. Ona sama stwierdziła, że nie powinno tak być i że poruszali tą kwestię na radzie czy w pokoju nauczycielskim. Mniejsza o to.

Od lekarza niedawno usłyszałam, że on to nawet przez żadnego profesora nie chciałby być operowany, tylko wolałby takiego lekarza, co na izbie przyjęć zasuwa, bo profesor to od święta operuje, a ten taki młody lekarz na sali operacyjnej jest non stop i mimo że wycina te wyrostki to on i tak by wolał jego niż tamtego, który wiedzę ma, ale z praktyką się mija. Coś w tym jest.

Trudno zmienić pewne rzeczy, lecz to nie znaczy, że nie trzeba próbować. A tytuł, jaki ktoś posiada nie znaczy o tym, jakim jest człowiekiem, co według mnie najbardziej się liczy. W ogóle idea wykształcenia na pokaz mnie irytuje. Mam to mam dla siebie, nie dla kogoś, a już na pewno nie dlatego, by móc się nad kimś wywyższać.

Ze wszystkimi?

Dzisiaj zadaję sobie pytanie, czy naprawdę ze wszystkimi można kooperować, współdziałać, czy też współpracować, bo właśnie o to słowo mi chodzi.

Umiejętności pracy w grupie uczy się nas w szkole. (Lubiliście?) A czasem trafia się też taka praca, w której trzeba pracować w zespole.

I co? Z każdym się da? Zwłaszcza gdy się go nie lubi? Gdy nie można się dogadać? Gdy ktoś ma inną wizję, która niekoniecznie przypadła nam do gustu? A już szczególnie gdy spotyka się dwóch indywidualistów… i trudno o kompromis. Kiedy dochodzi do kłótni i psuje się atmosfera, jak pracować dalej?

Co prawda, współpraca z innymi daje różne korzyści. Można przeprowadzić tzw. burzę mózgów, gdzie każdy rzuca jakiś pomysł i nikogo się nie krytykuje, tylko na końcu analizuje i wybiera najlepsze rozwiązania. Im więcej pomysłów tym lepiej, tym bardziej kreatywnie, choć czasem coś brzmi głupio. Współpraca to też rozproszona odpowiedzialność. Gdy coś pójdzie nie tak, będzie jakaś obsuwa – oberwie się wszystkim, którzy pracowali nad danym projektem na przykład, a nie jednej osobie. Poszczególne zadanie zostają podzielone na określone osoby w drużynie, jeden człowiek nie jest obarczony nimi wszystkimi. Zajmuje się tylko jakąś częścią, z której zostanie rozliczony.

Kiedy sama mam pracować w grupie, nie przeszkadza mi się, dostosowuję się, lecz wolę robić coś indywidualnie. Z rozmów przeprowadzanych ze znajomymi wiem, że nie tylko ja. ;)

Dlaczego lubię pracować sama? Dlatego że spełniam swoją i tylko swoją wizję. Może i mam więcej pracy, ale i zasługi potem mogę przypisać jedynie sobie, co jest pochlebne, co utwierdza mnie, że jestem w czymś dobra i nie zawdzięczam tego nikomu innemu, tylko sobie samej. Krócej mówiąc, daje mi to satysfakcję. Kiedy zbiorę cięgi, no to już nie jest tak przyjemnie, ale też nie jestem osobą, która uchyla się od odpowiedzialności i nie potrafi przyznać do błędu. Poza tym na kogo miałabym zrzucić pomyłkę? Na nieistniejące krasnoludki? ;) Pracując z kimś innym też umiem się cieszyć sukcesem czy też smucić porażką. Wtedy po prostu trzeba się umieć podzielić.

Nie wyobrażam sobie (czyt. raczej nie umiem) współpracy z osobą, do której nic nie dociera, z którą mam coś robić, ale ona nie przyjmuje do siebie moich argumentów, która uważa, że jestem niżej od niej i nie chce być moim partnerem w pracy, tylko żebym była podwładnym i mniej liczącym się zawodnikiem (czy wtedy w ogóle można mówić o czymś takim jak współdziałanie?), która jest uparta jak osioł i mało elastyczna w takim sensie, że trwa przy utartym schemacie i nie chce spróbować nowości, która odrzuca coś, bo jej się nie podoba, a nawet się nad tym nie zastanowiła. Taka współpraca jest po prostu trudna, a po co się męczyć jeszcze bardziej? Mogę kogoś nie lubić, ale jeśli pracuje mi się z nim dobrze, to mogę to przeboleć. Choć wiadomo, że lepiej pracuje się z kimś kogo darzy się sympatią.

Myślę, że niełatwo jest współpracować z kimś, choć uczy się nas tego od najmłodszych lat. Niemniej to przydatna umiejętność i z pewnością doceniana przez pracodawców. Ludzie są różni, ale powinni pamiętać o wspólnych celach, jakie ich łączą i wtedy nawet pomimo zatargów, różnych zgrzytów czy braku sympatii będzie łatwiej razem pracować.

Tak moim zdaniem, oczywiście. ;)