Trwam tak sobie

Strasznie boli mnie głowa.

A mnie głowa boli rzadko.

Oby to tylko nie było jakieś wstrętne choróbsko…

Jestem bardzo zmęczona. Marzę o 12-tu godzinach nieprzerwanego snu, zamiast użerania się ze światem. No i ze sobą samą też w sumie, bo mój długi jęzor mnie kiedyś zgubi. Mam to po mamie. Zdecydowanie po niej. Co? To że czasem coś chlapnę zupełnie niepotrzebnie i potem się nad tym zastanawiam, po co ja to powiedziałam? Mogłam nie mówić. Ale mleko już rozlane i można się tylko martwić o ewentualne skutki, które przyniesie przyszłość.

Ogólnie nie polecam mieć długich jęzorów, bo są zgubne.

Nie wiem, czy wspominałam, ale niepotrzebnie się pożegnałam z ludźmi z pracy. Jeszcze tam pracuję, tylko że na weekendy. Chociaż kto wie, ile to znowu potrwa? Ale postanowiłam, że drugi raz się żegnać nie będę. Po prostu odejdę i pójdę swoją ścieżką.

To tak krótko, bo ostatnio naprawdę nie mam czasu na nic, albo ochoty.

Czasem się wyłączam i po prostu przestaję myśleć o wszystkim. Albo mam ochotę coś napisać, ale się rozmyślam.

Ściskam!

Po studencku

- ,,Zajęcia na 8-mą. Wstałam o wpół do siódmej, jeszcze poleżałam, bo nie chciało mi się wstać.”

-,,Mieszkam w centrum, wszędzie mam blisko, a tutaj tak daleko.” – 25 minut jazdy autobusem. Do pół godziny.

-,,Jeżdżę ostatnim możliwym autobusem. Spóźnię się, to się spóźnię. Nie moja wina. Powinnam zdążyć, a że korek się trafił, co zrobić? Posiedziałam dłużej w domu.”

-,,Trzygodzinne okienko. Ja jadę do domu. Zjem obiad i wrócę.”

-,,Ja też”

-,,I ja.”

-,,A ja jadę kupić torebkę za dwieście złotych w galerii handlowej.”

- ,,Ja zostaję. Jakoś przeczekam te trzy godziny. Muszę.”

Muszę i zostaję na wydziale. Bo dwie godziny zajmuje mi dotarcie do domu i nie zdążę przecież wrócić, bo to kolejne dwie godziny. Poza tym, komu się chce jeździć w tę i z powrotem, a paliwo i bilety kosztują przecież.

Nie pójdę też kupić sobie torebki za 200 zł, bo w przybliżeniu taką kwotę akurat wydaję na miesięczne bilety. W sumie niekoniecznie cię na to stać, jeśli nie pracujesz. Cieszysz się, że w ogóle jest ci dane studiować.

Nie mam tam też rodziny, więc nikogo nie pójdę odwiedzić.

Mogę siedzieć na wydziale, albo włóczyć się po mieście.

Ewentualnie mogę mieć dobrą koleżankę, która zaprosi mnie do siebie na herbatę.

Zdarzało się.

Wstajesz o piątej zero zero i nie masz czasu na leżenie, bo to już twój wyliczony czas, w którym pośpisz jak najdłużej i się wyrobisz, inaczej ci autobus ucieknie, a jak jest zima to jeszcze musisz odśnieżyć auto.

Nie ma spania.

Chciało się edukować, no to masz.

Pochodzisz ze wsi, trafiasz do wielkiego miasta, w którym się nie odnajdujesz i jesteś zagubiona, a obok nie ma nikogo, kto ci pomoże, żadnej przyjaznej twarzy. Trafiasz do obcego środowiska. Kompletnie i albo się odnajdziesz sama, albo zjeżdżaj tam, skąd przybyłaś.

I masz na to wielką ochotę.

Nie jesteś u siebie i nie czujesz się jak u siebie, nawet po 4 latach pobytu.

W miarę funkcjonujesz, ale nie chodzisz po imprezach, ani na piwo, bo nie będziesz miała jak wrócić, ani gdzie przenocować.

A zewsząd słyszysz: Korzystaj ze studenckiego życia.

Taaa. Pokorzystam.

Innych dziwi, że dojeżdżasz tyle kilometrów, ale ty tak wolisz, bo czujesz, że tam nie pasujesz, bo dojazd nawet taniej cię wychodzi niż zamieszkanie na stancji. Bo zwyczajnie nie lubisz tego miasta i nie chcesz tam mieszkać. Co prawda są dziewczyny, które się przeniosły, ale z chłopakiem, a ty go nie masz…

Na zajęciach wielu opowiada o swoich obserwacjach, o miejscach w tym mieście. Ty nie opowiadasz, bo uznaliby cię za przybysza z kosmosu. Wieśniara – to byłaby twoja etykietka, gdybyś zaczęła mówić jak to jest u ciebie.

Jesteś jedną nogą tu, a jedną tu. Nie jesteś ani z miasta, ani ze wsi. To skąd jesteś? I gdzie pasujesz?

Jak wracasz na wieś uwiera cię ten brak rozwoju, brak inteligentnych rozmów, te ciągłe przekleństwa i krzyczenie na dzieci. Ta przyziemność. Z kolei wielkie miasto cię przeraża, boisz się, że się zgubisz, boisz się, że jesteś za głupia i że inni właśnie cię tak postrzegają, udowadniasz, że tak nie jest i ciągle masz ten niedosyt.

Niektórzy cię lubią, innym jesteś obojętna.

Tak to jest. Ale można przetrwać. Ja przetrwałam, to ty też dasz radę.

Niejedna z nas. Nie jesteśmy gorsze. I nie jesteśmy głupie.

Trzymam kciuki za moją młodszą siostrę, która właśnie zaczyna swoją przygodę na studiach i której też się nie podoba, tak jak mi na początku.

Przemek

Wszystko działo się w poniedziałek.

Zajęcia miałam na 8.15. Skończyłam je około godziny 11. Pożegnałam się z koleżanką i poszłam na autobus. Musiałam dostać się do centrum. Jak już się tam znalazłam, spacerkiem wybrałam się do Rektoratu, gdyż miałam tam sprawę do załatwienia, no i miałam dużo czasu do zapisów na wf. Temat wf-u pozostawiam już bez komentarza, bo też być cyrk.

Nie byłam w tym mieście przez trzy miesiące, nie spieszyłam się nigdzie to wybrałam pójście drugą stroną ulicy, niż tą, którą zazwyczaj chodzę. No i sobie szłam, spokojnie, z plecakiem na plecach, z rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała, ubrana w czarne spodnie i skórzaną kurtkę.

Pokonałam połowę drogi do Rektoratu i kiedy miałam przechodzić przez przejście dla pieszych wyrósł nagle przede mną potężny facet. Grubawy, około metra 80, z miłym wyrazem twarzy. W ręce trzymał dużą torbę podróżną, a przez ramię miał przewieszoną mniejszą. Zaczepił mnie. Wiecie, mnie często zaczepiają różni ludzie… Zupełnie nie wiem dlaczego. Chyba posiadam jakieś właściwości magnetyczne, a może mam na czole jakiś niewidzialny dla mnie napis w stylu: Naiwna. Chociaż ten gość właściwie odpowiedział mi na to pytanie, ale dojdę do tego potem.

Facet przeprasza, zaczyna tłumaczyć, że jest spod Krakowa, że przyszedł aż w to miejsce, gdzie byliśmy z dworca, z torbami, że ma tam ubrania, że zaczepił już kogoś wcześniej i że mu wstyd tak zaczepiać ludzi i prosić. Stoję, patrzę na niego i słucham, czekając niecierpliwie aż przejdzie do sedna. Widzi to, że już chcę mu nawiać, więc wyznaje, że gdybym szła z kimś to by mnie nie zaczepił i że przyjechał z okolic Wadowic i Kalwarii Zebrzydowskiej. Pyta, czy byłam tam. Odpowiadam, że tak, jak jeszcze chodziłam do gimnazjum.

- Jestem Przemek – przedstawia się.

Podaje mu swoje prawdziwe imię, nadal nie wiedząc po co mi jego, że niby przedstawienie się jakoś ma nas do siebie zbliżyć, tudzież to pomoże mu uzyskać środki do zrealizowania jego celu?

Mówi, że przyjechał do tego miasta na szkolenie, do 12-go października ma urlop. Wypłata 10-go i nie ma za co wrócić. Jest świadomy, ze mogę mu nie uwierzyć, dlatego proponuje, że pokaże mi swój dowód osobisty. Nie chcę go oglądać.

Ruszam przed siebie. On ze mną.

Mężczyzna potrzebuje 120 zł na bilet do Krakowa. Mówię mu, że nie rozumiem ludzi, którzy przyjeżdżają do innego miasta, z drugiego końca Polski i nie mają za co wrócić. Na co znowu słyszę, że szkolenie, a wypłata 10-go. Taaa, i co z tego? To nie można odłożyć, żeby mieć na powrót albo firma, w której pracuje nie finansuje tego? Chce jeszcze odwiedzić rodziców. Opowiada mi o kobiecie, którą zaczepił przede mną, a która to powiedziała mu, iż będzie się za niego modlić i przewidziała mu, że jakaś dobra osoba mu pomoże. ,,To na pewno nie będę ja” – pomyślałam w duchu.

- Nie mam takich pieniędzy przy sobie – powiedziałam mu.

- To może pójdziemy do bankomatu? Jest tu gdzieś w pobliżu?

I w tym momencie byłam usatysfakcjonowana, bo mogłam go zaskoczyć.

- Nie mam karty do bankomatu.

Zdziwił się. Mocno się zdziwił. Wiedziałam, że taka będzie jego reakcja. Zdjęłam plecak i wygrzebałam z portfela 3 zł. Dałam mu do ręki.

Przez całą drugą część tej rozmowy szliśmy, ja do Rektoratu, a on chciał się dostać do największego parku w mieście, by pozaczepiać innych ludzi i zebrać potrzebne pieniądze. Tam skierowała go wcześniej zaczepiona kobieta. Gdy się rozstawaliśmy podziękował mi i kazał się za siebie pomodlić.

Wczoraj, będąc już przy dworcu i mając wrócić do domu, myślę, że mijałam się z Przemkiem przy przejściu dla pieszych. Nie jestem pewna, bo nie zapamiętuję twarzy obcych, którzy mnie zaczepiają, ale wydaje mi się, że to był on. Miał tylko tą czarną aktówkę przewieszoną przez ramię.

Co jeszcze mi się wydaje?

Że to mogła być jedna wielka ściema. Eksperyment. Badacza, bądź dziennikarza. Kogoś, kto miał w tym interes.

Niemniej życzę Przemkowi, aby spokojnie powrócił do domu.

Pożegnania razy x

Kończę dzisiaj pracę.

Właściwie to może nie kończę. Kończy mi się umowa, więc przyjęłam, że to mój ostatni dzień. A istnieje szansa na pracę weekendową, także kazali mi czekać na telefon, czy tak, czy nie.

Jednak postanowiłam, że dzisiaj się pożegnam z kolegami i koleżankami z pracy.

Nie lubię pożegnań, ale trzeba to zrobić. Nieładnie odchodzić bez pożegnania. Czeka mnie dziś ich sporo.

W poniedziałek wracam na uczelnię, która już zdążyła mi napsuć krwi. Mam wf. Za miesiąc 24 lata i mam biegać po sali gimnastycznej z tuzinem innych osób! Myślałam, że mam to dawno za sobą, tym bardziej będąc na magisterce. No niestety, moja uczelnia bardzo się troszczy o swoich studentów i wpycha im wszystko, co się da, byle zapełnić plan, z którym (jakżeby inaczej) też był problem.

Tak, już się cieszę na to, co mnie czeka. Chociaż nie powiem, że mi nie brakowało tego wszystkiego.

Ostatni rok, a potem kto wie, co będzie. Już nie planuję na przód. Mój nadrzędny cel to się obronić.

Muszę lecieć, może potem uzupełnię ten wpis albo stworzę nowy. ;)

Zadzwoniła…

Zadzwoniła na domowy.

Odebrałam.

Przedstawiła się tak szybko, że nie zdoła się zapamiętać i od razu przeszła do rzeczy.

A rzecz nazywała się – PIENIĄDZE.

Dla chorej dziewczynki, która w każdej chwili może umrzeć.

To nie pierwszy taki telefon. Ale tym razem postanowiłam się dowiedzieć czegoś więcej o rzekomej fundacji zbierającej pieniądze na leczenie i ratowanie życia chorych dzieci. Zapytałam o nazwę fundacji, czy mają stronę internetową to bym sobie poczytała. Żadnego podawania adresu, jak chciała, bo przyślą list i dane tego dziecka, dla którego organizowana jest zbiórka. Oczywiście, dostałam adres, zostałam poinformowana, że fundacja jest wpisana do KRS i co mam zrobić, by wspomóc chorą dziewczynkę, czyli dokonać przelewu na co najmniej 40 zł.

Mimo moich tłumaczeń, że jak sobie poczytać o tej fundacji i uznam, że jest ok i chcę pomóc, pani ciągle dopytywała, czy zapłacę. Wręcz oczekiwała potwierdzenia, że to zrobię, wyrażając wielką wdzięczność i grając na moim współczuciu.

Manipulacja ewidentna.

I tak postępują fundacje?

Od niedawna w ogóle spotkałam się z tym, że fundacje wydzwaniają po domach, prosząc o dokonywanie wpłat. Zwykle się reklamują w telewizji, w Internecie można przecież znaleźć spisy fundacji, czy tam w gazetach lub osoby stoją z puszkami, do których można wrzucać pieniądze.

Źle mi pachnie to dzwonienie.

Z innej beczki: W lokalnej gazecie opisano zdarzenie. Kobieta siedzi w swoim mieszkaniu w bloku, nie pamiętam, na którym piętrze. Robi kawę w kuchni. Słyszy domofon, ale z nikim się nie umawiała to nie otwiera. Listonosza też się nie spodziewała, uściślając. Nagle słyszy grzebanie przy zamku w drzwiach. Jakieś skrobanie, szuranie itp. Podchodzi do drzwi, myśląc że to wiatr, że ktoś nie zamknął drzwi od klatki schodowej. Ale zagląda przez wizjer i co? Widzi dwóch facetów. W biały dzień próbowali włamać się do jej mieszkania.

10 km ode mnie w gminnej miejscowości wysadzono bankomat jakiś tydzień temu.

Podczas remontów dróg w mieście, w którym pracuję odnajdują się trupy.

Inny sposób oszustwa, jaki się pojawił to na pracownika OPS-u.

A na koniec wyrażam wolę zostania niedźwiedziem.

Bo jakbym nim była, to bym przespała to wszystko, co się dzieje. Miała czysty umysł, nie zadręczała się i spała, spała, spała, a teraz spać chce mi się ciągle. Obudziłabym się wiosną, na nowo odkrywała świat i byłoby fajnie.