Nieogarnięty piątek

,,Ku chwale Nieogarniętym”

Nieogarnięci zapominają, by za chwilę sobie przypomnieć,

Co mieli zrobić.

Nieogarnięci fryzurę w nieładzie mają,

Bo kto by tam się włosami przejmował,

Gdy są inne do zrobienia rzeczy.

Nieogarnięci ledwo orientują się, jaki dzień jest

I dłuższą chwilę muszą się zastanawiać, co robili wczoraj.

Nieogarnięci mogą denerwować,

Ale można też się z nich pośmiać.

Tak właśnie mniej więcej Nieogarniętych można zdefiniować. ;)

 

Dzisiaj mam nieogarnięty piątek, stąd taki wiersz. Od rana miałam dużo gazet do przyjęcia, które składałam do ósmej. Poinformowałam pana, że wczoraj przyszły jego cygaretki, a on mi mówi, że nie pali. Pomyliłam klienta ;D. Ogólnie ruch był i na nic nie było czasu. Ciągle miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam.

Ale już weekend. Cały wolny! ;) (To znaczy jutro mamy chrzciny u wujka, ale co tam… Mam nadzieję, że jakoś przetrwam.)

Niecodzienne widoki

Cofając się o jakiś miesiąc wstecz:

Jechałam nocą po siostrę i kuzynkę. Niedaleko, tylko 3 km. Księżyc pięknie rzucał poświatę na wszystko w dole. Nie było się czym martwić.

Spokojnie sobie sunęłam po asfalcie, droga czysta, po bokach żadnych czających się w mroku sarnich oczu, które nieoczekiwanie miałby się znaleźć przed maską mojego samochodu.

Podjeżdżam pod dużą górkę, łączącą się z ostrym zakrętem.

I bam! Hamulec, redukcja. Oczy wytrzeszczone. Twarz niemal rozpłaszczona na przedniej szybie.

Przez drogę postanowiła przemknąć pękata, włochata kulka z białą sierścią, przypominająca borsuka. Jej sposób poruszanie się był przezabawny, jak tak sobie przypominam.

Zaznaczam, że borsuk to nie był. Ani szop. Pierwszy raz takie cudo widziałam na własne oczy.

Więc co?!

Głowiłam się nad tym przez dwa dni. Potem odpuściłam.

A tu nagle wczoraj, oglądając jakieś program informacyjny usłyszałam, jak mówią o szopach i jenotach w Polsce i jeszcze czymś z psowatych, co dopiero przywędrowało do nas, zapomniałam jak się nazywa.

Bam! Jenot.

Klawiatura laptopa poszła w ruch. Słowo wpisane, klik, wejście w grafikę Google. I to było to!

https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/564x/a6/eb/f7/a6ebf7888977537356271647f0c22b6d.jpg

Źródło: https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/564x/a6/eb/f7/a6ebf7888977537356271647f0c22b6d.jpg

Jenot należy do rodziny psowatych, a inne jego nazwy to np. lis japoński albo szop ussuryjski. Pierwotnie zamieszkiwał Azję Wschodnią. To tak jako krótka ciekawostka. Więcej pod tym linkiem:
http://www.ekologia.pl/ciekawostki/jenot-inwazyjny-gatunek-w-polsce,17986.htm
l.

Innym razem, ale to już za dnia, słyszę jak tata woła mnie po imieniu z podwórka. Dopiero przyjechał z pracy.

Co jest, pali się? – myślę. Wyszłam szybko na zewnątrz, pytając: – Co się dzieje?

- Patrz – mówi do mnie.

- Gdzie?

- Tam! Jelenie!

red-deer-1502899_960_720 

(Obrazek z pixabay. com)

Jak na ślepca przystało – nic nie zobaczyłam.

- Gdzie? – powtórzyłam.

Tata jeszcze raz wskazał mi kierunek.

O! Zaświtało. Kształty się wyłoniły z mgły.

Całe stado samych jeleni z rogami wystającymi z głowy przebiegało pole pod lasem. Ile ich mogło być? Ze 20, 30 sztuk na pewno. Może więcej. Niecodzienny widok, nawet dla mieszkańca wsi. Zapewne trwało wtedy rykowisko.

Pracowicie

Podczas jednego z ostatnich wietrznych, paskudnych dni miałam okazję po raz kolejny (trudno określić który dokładnie) przejeżdżać przez moją sympatyczną wioseczkę. I jakże wielkie zaskoczenie mnie spotkało! Jadę, jadę (nie byłam sama w samochodzie) i nagle TO mnie uderzyło! Jechałam prosto, niczego nie musiałam omijać! Półmetrowe dziury w drodze zniknęły! Zasypano je. Nie wierzyłam. To było wprost niewiarygodne, że po dobrym pół roku w końcu ktoś się tym zajął. Ale żeby nie było zbyt fajnie, to pomniejsze dziurska zostawiono. A co tam, poczekajmy aż będą większe i znowu koła będą zanurzać się w nich do połowy… Umiejętność myślenia chyba jednak co niektórych boli.

Wczoraj spotkałam się z trzema przyjaciółkami, dwie z nich mają dzieci. To było dobre spotkanie. Następnie trafiły mi się jeszcze 4 kursy. Pojeździłam sobie. Padłam zmęczona do łóżka, jakby mnie wcześniej przywiązano do konia i przeciągnięto po lesie (prawdopodobnie nie przeżyłabym tego, ale jako porównanie brzmi bardzo obrazowo), i tak spałam do 10-tej.

A dzisiaj właśnie, korzystając z ładnej pogody, jaką mamy, postanowiłam oderwać się od tego, na czym zwykle się skupiam i przeszłam do tego, co zwykle sobie odpuszczam, czyli porządków i sprzątania.

Ubrania poskładałam wczorajszego wieczoru, więc zaraz po śniadaniu, zgarnęłam ściereczki i buteleczki z ,,magicznymi” (czyt. chemicznymi) płynami, wzięłam w dłoń kluczyki, narzuciłam kurtkę i powędrowałam na podwórko, do auta. Najpierw odbyło się szorowanie w środku, potem na zewnątrz. A kiedy już mój Zielony Skrzat (nie Pszczółka, ani Żaba!) był wypucowany na błysk i poodkurzany, wróciłam do domu i umyłam okna. (O lustrze zapomniałam…).

Potem znowu zabrałam się za pisanie pracy magisterskiej, no i utknęłam. Nie mam weny, a książki niedługo do zwrotu… Może jeszcze uda się je przetrzymać?? ;D Albo się sprężę i zmotywuję. Ewentualnie pójdę po nie jeszcze raz xD.

Teraz, czując się wypompowana z energii, słucham muzyki i kończę swój marny wywód na temat sprzątania.

Dobrego weekendu dla wszystkich! ;)