Kłóć się gdzie indziej

Jako przeciwniczka wszelkich kłótni i konfliktów nie jestem w stanie pojąć, jak można przyjeżdżać do kogoś i robić drugiej osobie wymówki, drzeć się i ogólnie rzecz ujmując – cudować. W dodatku przy niejednokrotnym udziale przekleństw.

Y znowu przywiózł do nas X. Typowa wizyta na kawę. I po raz kolejny się pokłócili.

Punkt pierwszy: Zasady dobrego wychowania mówią, że nie wypada urządzać publicznych awantur, a inaczej mówiąc, kłócić się przy osobach, które nie są w to zaangażowane. Tak samo jak nie powinno się szeptać komuś do ucha w towarzystwie.

Punkt drugi: Jak masz się kłócić, to zrób to w domu i nie przy dzieciach. Po co biedulki mają tego słuchać?

Punkt trzeci: Ile czasu można się kłócić o to samo? Jeśli do kogoś coś nie dociera, to weź się zastanów, czy nie lepiej to skończyć. Bo naprawdę: ile można?!

Tak samo sąsiadka, wczoraj co prawda strasznie źle się czułam, ale i tak słyszałam, jak się wydziera i jak lecą wulgaryzmy. Ba, nawet raz mnie obudziła, bo się położyłam, nie mogąc już wytrzymać z bólu.

Naprawdę nie można usiąść i spokojnie porozmawiać? Przekazać komuś swoje uwagi, wyjaśnić sobie wszystko bez krzyków…

Strasznie nie lubię, gdy ktoś krzyczy.

A sama jak mam się kłócić, to już wolę wyjść i pozwolić tej osobie ochłonąć, no i żebym sama też się nie zdenerwowała, bo to że nie lubię, nie znaczy, że nie potrafię.

Kiedy cierpliwość się kończy… Bomba wybucha.

Bomba wybuchła.

Cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Ba, jest mocno słabą ;D. Choć i tak to się poprawiło. Czekanie w kolejkach lub czekanie na spóźniający się autobus… sprawia, że człowiek nabiera dystansu. Jednak nadal nieziemsko irytuje mnie to, że ktoś nie szanuje mojego czasu, ponieważ ja staram się szanować czas innych i nie lubię spóźnień. Często jestem na miejscu sporo przed czasem, jako że muszę dojechać.

Wracając do Gaduły, o której kiedyś wspomniałam, w końcu ludzie nie wytrzymali i powiedzieli Jej, co o niej myślą, a właściwie napisali, ale mniejsza o to. Nerwy nie pozostały na wodzy. Zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Ale sprawa na razie ucichła. Ja co miałam powiedzieć, to powiedziałam. Moja cierpliwość się skończyła, teraz panuje ignorancja. Czasem jedyne rozwiązanie w obcowaniu z kimś to po prostu się przyzwyczaić lub nie zwracać uwagi.

Nie można się też przejmować wszystkimi problemami świata i ludzi wokół, bo gdzieś po drodze zatraci się siebie.

Swoją drogą, ciekawe jest, jak szybko jednostka może zostać wykluczona przez grupę. Z pewnością niemiłe doświadczenie.

A w związku z tym, to konflikty również nie są moją mocną stroną. Nie uważam się za konfliktową osobę, co raczej jest na plus i unikam ich jak ognia.

No bo po co się kłócić?

Żeby wyładować emocje? Żeby dać popalić drugiej stronie, a niech ma za swoje?

Żeby udowodnić swoją rację?

Żeby sobie powrzeszczeć i zedrzeć gardło?

Po co?

Tym bardziej, że zwykle idzie o rzeczy błahe, jak tak na nie obiektywnie spojrzeć.

Niektórzy są kłótliwi z natury i wszczynają kłótnie dla własnej satysfakcji.

No cóż, staram się z takimi typami nie wchodzić w dyskusje, bo jaki to ma sens?

Uznaję, że nie ma.

Ostatnio towarzyszyła mi złość. Minęła. Przyszła obojętność.

Nazbierało mi się parę spraw do załatwienia. Trochę chmur zawisło nad moją głową i trzeba je przepędzić. ;)

A skoro o konfliktach była mowa…

To ja byłam wyczerpana fizycznie i psychicznie. To ja w pewnym momencie nie mogłam jeść i spać. To ja chodziłam zestresowana na każde spotkanie. To ja łykałam tabletki, żeby ręce mi się nie trzęsły. To ja z jazd chodziłam na zajęcia, a nie umiem dobrze wykonywać dwóch rzeczy naraz. Tylko jedną. To ja się za każdym razem na jazdach bałam, że kogoś potrącę albo w kogoś wjadę. Ten strach był okropny, paraliżował. To ja, a nie Ona! To ja siadam za kierownicę. To ja prowadzę. To mnie zamkną albo mi wlepią mandat. Mi! Nie Jej! To ja robię za ich szofera. Ja! A nie lubię tego, jak cholera.
To prawo jazdy kosztowało mniej dużo więcej niż podwójnie zapłacona kwota kursu. Gdybym wiedziała, na co się piszę, jak sobie tam będę radzić – nie poszłabym. Ale je mam. I nie po to przeszłam przez to wszystko, nie zrezygnowałam jak kilka znajomych osób, tylko dlatego że ktoś uważa samochód za zabawkę.

A Ona ma czelność powiedzieć: ,,I ch*j z Twoimi punktami karnymi!

To przez różnicę zdań dochodziło do kłótni i przez to mnie wyśmiewali.

A ja tylko chcę postępować uczciwie i w zgodzie ze sobą. I tak, boję się. Boję się tego cholernego życia, boję się ludzi i tego, co mogą mi zrobić, boję się chorób i więzienia… Boję się, tak.

Oni być może nie (albo tak im się wydaje).

Pewnie, że lepiej byłoby się nie bać i działać lekkomyślnie, ryzykować i nie ponosić odpowiedzialności. Łatwo powiedzieć: ,,I ch*j!”, odwrócić się na pięcie i odejść, a Ty sobie radź.

I może przesadzam, ale wolę nie być przyczyną czyjejś krzywdy i swojej własnej też, gdyż i tak mam do siebie wystarczająco pretensji, które staram się rozpracować i o nich zapomnieć.

Czasem się zastanawiam, dlaczego tak od nich odstaję…Bo to nie ulega wątpliwości. Czasem nie wiem, czy są ze mnie dumni, czy rozczarowani. I to jest dołujące.