Nie wszyscy

Wracając wczoraj z uczelni o godzinie 19-tej, postanowiłam, że zatankuję (a tankuję na  stacji przy wyjeździe z miasta, bo tam mi najlepiej i mają ok paliwo, czyli jestem tzw. stałym klientem). Widziałam, że na terenie stacji benzynowej stoi dźwig, ale postanowiłam zaryzykować, skręciłam w prawo, i cóż, po tankowaniu, bo choć pod dystrybutory można było wjechać, to poustawiano tam pomarańczowe słupki, aby jednak nikt tam nie podjechał w celu uzupełnienia zbiornika. Lipa, zawróciłam, wiedząc że dojadę do domu i jeszcze będę mogła następnego dnia pojechać do miasta.

I dzisiaj znowu zobaczyłam ten sam dźwig, stojąc w tym samym miejscu, a ponadto ujrzałam rozstawione rusztowania. Wokół kręcili się panowie w neonowych kombinezonach. Siostra wyczaiła, że dystrybutory są zajęte, więc można wjechać, ale najpierw udałyśmy się na miasto. Biblioteka, lody i zakupy zaliczone.

Wracamy, skręcam w prawo, podejmując ryzyko, że znowu będę musiała się wycofać. 1 – zajęta, ale 3 była wolna! Zadowolona podjechałam, wysiadam z auta, odkręcam korek, tankuję.

Na liczniku wybija 40 zł, kiedy słyszę: Przepraszam!

Odwracam się. Widzę blondynkę ubraną na biało z ciemnymi okularami na włosach. Trzymała coś w rękach, notes? Nie zwróciłam specjalnie uwagi, co to było.

Blondynka uprzejmie informuje mnie, że nie można zapłacić kartą i przyjmują tylko gotówkę. Patrzę to na nią, to na wlew paliwa w moim samochodzie i licznik, myśląc, że przecież mnie tam znają i wiedzą, że za każdym razem płacę gotówką. O tym mówię blondynce. Że zawsze płacę gotówką. Na co ona, że dopiero o 14 będzie można płacić kartą, bo zepsuł się terminal.

Dziękuję jej za wiadomość. Kończę tankować, myśląc że mnie to nie dotyczy, bo nie posiadam karty płatniczej. Poza tym, zanim mnie o tym poinformowała, na liczniku już widniała pewna kwota do zapłaty. A gdybym rzeczywiście miała zapłacić kartą i nie miałabym przy sobie gotówki, to co wtedy?

Dlaczego nie mam karty płatniczej czy tam bankomatowej? Bo najzwyczajniej w świecie nie potrzebuję i nie chcę za nią płacić. Nie wszyscy muszą mieć.

Tak samo jak nie wszystkie dziewczyny muszą mieć faceta. Nie wszystkie kobiety muszą mieć dzieci. Nie wszyscy lubią swoją pracę. Nie wszyscy muszą lubić rosół, czy bigos albo truskawki. Nie wszyscy lubią kolor pomarańczowy. Nie wszyscy muszą umieć jakiś język obcy, czy grać na instrumencie.

Po prostu nie wszyscy.

Nie wszyscy musimy się lubić. Wystarczy, że będziemy się odnosić do siebie z szacunkiem.

Tak samo jak nie wszyscy mogą zostać lekarzem, prawnikiem lub informatykiem, aby mieć pracę w swoim zawodzie, o czym rozmawiałam z panią z biblioteki.

Przed szpitalem

Stałam przed szpitalem.

To stary, niewielki budynek z czerwonej cegły.

Było pochmurno, niebo zrobiło się ciemne, zerwał się wiatr i zaczęło kropić. Po słońcu nie został żaden ślad.

Nie byłam tam sama. Stałam ze znajomą mamy, którą przywiozłam do miasta na zakupy.

To ten sam szpital, w jakim usuwano mi znamiona. I ten sam,w jakim mój wujek leżał po zwale serca.

To ten sam budynek, który zdarzało mi się dosyć często mijać.

To samo miejsce, w którym odwiedziłam jedną z przyjaciółek, gdy urodziła dziecko.

Kilka lat temu znajdowałam się niedaleko i do moich uszu doszedł nieziemski krzyk. Jakby kogoś żywcem obdzierano ze skóry, jakby komuś działa się krzywda. Dźwięk dochodził z góry, z drugiego pięta, a tam mieści się oddział ginekologiczny. Można się domyślić, skąd ten krzyk.

Nie wiem, czy zanim utworzono tam szpital, było tam coś innego. Czy może ,,od zawsze” była to placówka dla pacjentów i lekarzy.

Szpital to miejsce, gdzie rodzi się nowe życie, ale też miejsce, które odwiedza śmierć.

Wracając do początku.

Stałyśmy przed budynkiem, czekając na męża tej pani, ponieważ poszedł zrobić prześwietlenie. Ze środka wyszła starsza kobieta o kuli, którą prowadził młodszy mężczyzna. Prawdopodobnie jej syn. Znajoma mojej mamy prędzej niż ja zaoferowała swoją pomoc w zejściu po kilku schodach, które trzeba pokonać, aby znaleźć się na chodniku. Schorowana seniorka natychmiast zaoponowała i nie przyjęła oferty, tłumacząc, że boli ją ta druga strona, że ma tam opatrunki i podparła się na trzymanej przez siebie kuli. Z drugiej strony asekurował ją nadal syn.

Powolutku pokonała stopnie i znalazła się na płaskiej powierzchni.

Bariery architektoniczne to jedno, ale wstrząsnęło mną trochę to, co starsza kobieta powiedziała do swojego syna:

- Lepiej zostaw mnie pod śmietnikiem. Będziesz miał spokój.

Z moich ust wyrwało się mimowolnie: Ojj. Pomyślałam, że nie wolno tak mówić bliskiej osobie, nawet jeśli czujemy się ciężarem. Żal mi było tej pani, bo ból  i problemy z poruszaniem się naprawdę męczą. Do tego stopnia, że można mieć dość życia.

Ale też nie chciałabym usłyszeć od moich rodziców: zostaw mnie pod śmietnikiem…

Pod ŚMIETNIKIEM. Bo tam się zostawia zużyte, nieprzydatne rzeczy. Odpadki.

Rodzice opiekują się nami, gdy jesteśmy nieporadnymi, nie będącymi z stanie zaspokoić własnych potrzeb dziećmi, więc chyba jesteśmy im winni  zainteresowanie i jeśli trzeba opiekę, gdy dopadnie ich starość. I owszem, mogą jej nie chcieć, jak ta pani z kulą, lecz pomiędzy chcieć a potrzebować jest różnica.

Wiele starszych, niedomagających, schorowanych osób trafia do Domów Pomocy Społecznej (to, że trzeba spełnić odpowiednie warunki i  trudno się tam dostać to też już inna kwestia, jakiej poruszać nie będę). Przykry los. Dlatego też trochę na podziw zasługuje ten mężczyzna, który pomimo nalegań matki (zakładam, że nie pierwszy raz mu tak powiedziała), by ją zostawić, poszedł z nią do lekarza i zajmuje się nią. Warto dodać, że taka opieka nie jest łatwa.

Mieszkać na wsi

Jakiś czas temu trafiłam w sieci na artykuł o mieszkaniu na wsi. Zainteresował mnie, wiadomo dlaczego.

Jego bohaterka jest młodą kobietą, opowiadającą o tym, że nie zamieniłaby wsi na miasto. Nie ma skończonych studiów, prawa jazdy i ślubu, za to ma blisko do granicy z Ukrainą. Czuje się szczęśliwa w miejscu, w którym jest, mimo braku dostępu do kultury, czy dobrej restauracji. Przez jej miejscowość przepływa rzeka, otaczają ją lasy. Do szkoły dojeżdżała autobusami, co zimą bywa uciążliwe i o czym wspomina. Musiała wcześniej wstawać np. Na organizowane przez znajomych imprezy ktoś zawsze ją podwoził. Pracowała i to wcale nie na polu u rodziców. Docenia wieś za ciszę, spokój, przyrodę i zwierzęta, za dźwięki, których w mieście raczej się nie spotka. A jednak po pewnym czasie przeniosła się do miasteczka określonego przez nią jako ,,prawie wieś”, z którego ma blisko do domu rodzinnego. Czasem się nudzi, ale stara się zorganizować sobie czas. Wieś, w jakiej zamieszkiwała prawie opustoszała, bo młodzi ludzie wyjeżdżają za pracą.

W opozycji powstał jeszcze jeden artykuł z tego cyklu.

Druga z kobiet pisze o tym, że wieś ogranicza i utrudnia życie. Żałuje, że nie mogła wychowywać się w mieście, bo jej rodziców nie było na to stać. Nie cieszyła się z mieszkania na wsi, z tej ciszy i spokoju, które doceniała poprzednia bohaterka. Marzyła o wyprowadzce do dużego miasta, bo na wsi tylko jeden sklep, bo autobusy tylko trzy, brak dostępu do lekarza, brak kina i szkoły. Trzeba było wszędzie dojechać i można zapomnieć o rozwijaniu swoich pasji. A zimą oczywiście trudniej, wstać trzeba wcześniej, a jak drogi nieodśnieżone, no to jest problem. Obecnie, jak pisze, studiuje w wielkim mieście i jest szczęśliwa z tego powodu. Spełnia swoje marzenia i ma te wszystkie udogodnienia, których nie wsi nie miała. Zrobiła prawo jazdy. Uważa, że wieś jest dobra na odpoczynek, ale nie by tam żyć.

A co ja uważam?

Stoję pośrodku. Mieszkałam przez 2,5 roku w mieście, mającym ponad 20000 tys. mieszkańców kiedy nie miałam prawa jazdy. Pochodzę i mieszkam na wsi. I fakt jest taki, że jak mieszkałam w mieście to nie przepłacałam, miałam większy wybór, mogłam pójść tu i tam, mogłam się spotkać ze znajomymi, nie musiałam się nikogo prosić o zawiezienie gdzieś lub czekać po 3-4 h na autobus do domu, którym i tak wracałam do domu, gdy miałam wolne od zajęć. Wiecie, być u siebie, a być u kogoś to jest różnica. U siebie zdecydowanie lepiej. Jednak ten zgiełk miasta, ten ruch, przejeżdżające w nocy pod oknami samochody, przez które nie możesz zasnąć – to męczy. To mnie męczyło. I tak właśnie, we wsi lubię ten spokój, tą ciszę, to że nie ma tu takiego ruchu na ulicy jak w mieście, że można chodzić po całej drodze, przejść w każdym miejscu i nikt cię za to nie ukara mandatem. Za tą swobodę i to, że znam a przynajmniej kojarzę ludzi na ulicy. Z drugiej strony to przeszkadza, bo wszyscy o wszystkim wiedzą, a nie oszukujmy, nie każdy z każdym się lubi, a ludzie plotkują niemiłosiernie i bywają wścibscy. W mieście tego nie ma. Sąsiadom mówi się ,,dzień dobry” i tyle, bo się ich specjalnie nie zna. Jeśli ktoś chce się rozwijać i pracować w dobrze płatnej albo chociaż przyzwoicie płatnej pracy to jednak miasto i tu nie ma co dyskutować. Miasto to większe możliwości, a wieś, w której nie ma przychodni czy szkoły rzeczywiście ogranicza, ponieważ tak jest, że jeżdżą jedynie trzy autobusy, a  drogi są słabo odśnieżane i mało kiedy coś się tu dzieje, a jak się dzieje to żyją tym wszyscy mieszkańcy. Prawdą jest, że wszędzie ma się daleko. Do dwóch najbliższych miast powiatowych mam odpowiednio ok 20 km i ok. 27 km z połączeniem autobusowym jedynie do jednego. Nie wyjdę też do kina, czy knajpy, bo tu ich nie ma, ale mogę mieć warzywa ze swojego ogródka i też nie wydam tyle pieniędzy, bo nie mam na co. Na większe zakupy i tak jedzie się do jakiegoś supermarketu.

Podsumowując, życie na wsi nie jest łatwe, tym bardziej dla młodych osób, ale nie jest też takie najgorsze. Zależy, kto na co stawia i czy ma samochód. Z samochodem jest naprawdę łatwiej. Nadal jednak często trzeba wstać, kiedy za oknem jeszcze ciemno. To podobnie jak z wyjazdem za granicę. Niektórzy twierdzą, że jadą, aby zarobić, polepszyć swoją sytuację materialną, ale potem chcą wrócić do ojczyzny i w niej się zestarzeć.

Linki do obu artykułów:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,114757,21231615,jestem-ze-wsi-zaciagam-prawie-jak-ukrainiec-nie-mam-studiow.html

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,66725,21237649,szum-rzeki-i-las-nie-sa-w-stanie-zrekompensowac-trudow-zycia.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_wysokieobcasy

Tamtego dnia…

Shake smakował mocną czekoladą i był tak przyjemnie zimny, że chciałam, by się nie kończył. Na zewnątrz żar lał się z nieba, choć wcześniej można było się tego nie spodziewać, a do tego lokalu weszłam pierwszy raz, choć mijałam go dziesięciokrotnie. Unikam takich miejsc.

Ściągnęłam koszulę, odsłoniłam ramiona, nikt nie patrzył i poczułam, że mogę odsłaniać swoje ciało.

Tamtego dnia znowu przypomniałam sobie jak nie lubię centrów handlowych, gdzie tłumy ludzi jeżdżą schodami na dół i na górę i wyglądają jak takie stadka owieczek i baranków, gdyby przyjrzeć się z daleka, gdzie są piękne wystawy i gdzie jedne panie siedzą znudzone na wysokim stołku, a drugie mają ręce pełne roboty (co ciekawsze to głównie młode dziewczyny, takie po 20-tce), to miejsce gdzie co najmniej bez stówy w kieszeni czy portfelu się nie wchodzi. Przestałam lubić robienie zakupów.

Tamtego dnia znowu autobus się spóźnił i kierowca był niemiły, nic nowego.

Tamtego dnia ucięłam sobie pogawędkę z 53-letnią panią, która opiekowała się starszym panem w Niemczech. Opowiedziała parę zabawnych historii. Pomyślałam, że chciałabym mieć taką gadkę jak ona i tak rzucać ciętymi ripostami, a nie dopiero po fakcie wymyślić, co mogłam powiedzieć.

Tamtego dnia…

Nie zakochałam się.

Myślałam o tym, jak bardzo mi się nie chce i jak bolą mnie nogi. Nabawiłam się odcisków.

Nie tańczyłam w deszczu. Za to przeszłam obok kataryniarza i staruszka brzdękającego na skrzypcach.

Nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego, ale czułam, że żyję.

Tamtego dnia to po prostu był zwykły wypad na miasto.

L. B.