Zadzwoniła…

Zadzwoniła na domowy.

Odebrałam.

Przedstawiła się tak szybko, że nie zdoła się zapamiętać i od razu przeszła do rzeczy.

A rzecz nazywała się – PIENIĄDZE.

Dla chorej dziewczynki, która w każdej chwili może umrzeć.

To nie pierwszy taki telefon. Ale tym razem postanowiłam się dowiedzieć czegoś więcej o rzekomej fundacji zbierającej pieniądze na leczenie i ratowanie życia chorych dzieci. Zapytałam o nazwę fundacji, czy mają stronę internetową to bym sobie poczytała. Żadnego podawania adresu, jak chciała, bo przyślą list i dane tego dziecka, dla którego organizowana jest zbiórka. Oczywiście, dostałam adres, zostałam poinformowana, że fundacja jest wpisana do KRS i co mam zrobić, by wspomóc chorą dziewczynkę, czyli dokonać przelewu na co najmniej 40 zł.

Mimo moich tłumaczeń, że jak sobie poczytać o tej fundacji i uznam, że jest ok i chcę pomóc, pani ciągle dopytywała, czy zapłacę. Wręcz oczekiwała potwierdzenia, że to zrobię, wyrażając wielką wdzięczność i grając na moim współczuciu.

Manipulacja ewidentna.

I tak postępują fundacje?

Od niedawna w ogóle spotkałam się z tym, że fundacje wydzwaniają po domach, prosząc o dokonywanie wpłat. Zwykle się reklamują w telewizji, w Internecie można przecież znaleźć spisy fundacji, czy tam w gazetach lub osoby stoją z puszkami, do których można wrzucać pieniądze.

Źle mi pachnie to dzwonienie.

Z innej beczki: W lokalnej gazecie opisano zdarzenie. Kobieta siedzi w swoim mieszkaniu w bloku, nie pamiętam, na którym piętrze. Robi kawę w kuchni. Słyszy domofon, ale z nikim się nie umawiała to nie otwiera. Listonosza też się nie spodziewała, uściślając. Nagle słyszy grzebanie przy zamku w drzwiach. Jakieś skrobanie, szuranie itp. Podchodzi do drzwi, myśląc że to wiatr, że ktoś nie zamknął drzwi od klatki schodowej. Ale zagląda przez wizjer i co? Widzi dwóch facetów. W biały dzień próbowali włamać się do jej mieszkania.

10 km ode mnie w gminnej miejscowości wysadzono bankomat jakiś tydzień temu.

Podczas remontów dróg w mieście, w którym pracuję odnajdują się trupy.

Inny sposób oszustwa, jaki się pojawił to na pracownika OPS-u.

A na koniec wyrażam wolę zostania niedźwiedziem.

Bo jakbym nim była, to bym przespała to wszystko, co się dzieje. Miała czysty umysł, nie zadręczała się i spała, spała, spała, a teraz spać chce mi się ciągle. Obudziłabym się wiosną, na nowo odkrywała świat i byłoby fajnie.

O pieniądzach się nie mówi?

O pieniądzach się nie mówi? Czy jednak się mówi? A może to zależy od kontekstu?

W życiu są ważniejsze rzeczy od pieniędzy, ale nie oszukujmy się – mają one duży wpływ na nasze życie. Mamy kasę – żyjemy jak ludzie. Mamy więcej kasy – żyjemy lepiej. Nie mamy kasy – mamy problem i to spory. Bo za rachunki trzeba zapłacić, jedzenie kupić, chodzić nago raczej nie można, więc na ubrania też trzeba mieć, już nie mówiąc o innych wydatkach.

Ale o ile o wydatkach mówimy raczej otwarcie, żalimy się, że przyszedł wysoki rachunek za prąd, że masło zdrożało, że trzeba kupić dzieciom wyprawki do szkoły, o tyle już o swoich zarobkach nie chcemy wspominać, bo dlaczego ktoś ma wiedzieć, ile zarabiamy i czy żyjemy od 10-go do 10-go, czy możemy sobie pozwolić na więcej lub czy mamy w banku oszczędności.

Żeby miał nas za biedaków?

Albo żeby nam zazdrościł?

Po co mówić?

A nie daj Boże, jeszcze ktoś przyjdzie nas okraść, bo pomyśli, że w domu mamy takie luksusy, że łatwo będzie się mógł wzbogacić. Albo pomyśli, że sobie nie zapracowaliśmy na te pieniądze, tylko je ukradliśmy, gdyż na wysokich stanowiskach ,,wszyscy” kradną. To przeświadczenie pewnie nie wzięło się znikąd, lecz nie generalizujmy i nie wsadzajmy wszystkich do jednego worka.

Zdarzyło mi się parę razy, że ktoś mnie zapytał, ile mi płacą i no cóż, odpowiadałam zgodnie z prawdą, dodając, że mi to wystarczy, aczkolwiek trochę głupio mi było się przyznawać, no bo przecież po co ktoś ma to wiedzieć?

Znalazłam ostatnio na podłodze w sklepie przy kasach 20 zł. Zapytałam, czy komuś nie wypadło, jako że stało tam kilka osób. Co niektórzy mogli pomyśleć: Głupia, się pyta, zamiast wsadzić do kieszeni i mieć dla siebie.

Cieszymy się, kiedy znajdziemy coś wartościowego i niejeden na moim miejscu zwinąłby bez pytania te pieniądze do kieszeni. Ale gdzie uczciwość? I czy wszyscy musimy postępować tak jak większość, by zrobiła?

No nie.

Pieniądze są, i zaraz ich nie ma. Stają się przyczyną konfliktów na szczeblach władzy, kłótni w rodzinie czy małżeństwie, są powodem, przez który dzieci wyśmiewają inne dzieci w szkole, bo ja mam, a ty nie i nie możesz mieć, a ja mogę, ponieważ moi rodzice są bogaci, a twoi biedni. Czasem pieniądze zmieniają ludzi, czasem owszem dają dużo szczęścia, pozwalają spełnić marzenia, wyleczyć choroby, a czasem nawet, gdy ktoś ma ich bardzo dużo to jest nieszczęśliwym człowiekiem.

Jedno pozostaje pewne i niepodważalne: Pieniądze są potrzebne.

A jak świat wyglądałby bez nich?

Deszczowe chmurki

Kiedyś na zajęcia z psychologii ogólnej napisałam bajkę terapeutyczną. Ten wpis będzie utrzymany w podobnym klimacie, choć morał tej bajki raczej nie dla dzieci. Nazwę bohaterkę Tośka, dla lepszego zobrazowania.

Nad głową Tośki zwykle krążyły ciemne chmurki. Czasem były uśpione, a czasem wylewały na nią tysiące kropli wody, co nie było przyjemne pod żadnym względem. Ale Tośka się nie zrażała i trwała dalej, dźwigała różne bagaże, np. z emocjami albo ze wspomnieniami. Walizka Tosi zmieniała rozmiary wraz z upływem lat. Im Tośka była starsza, tym walizka większa, a dziewczyna dzielnie ją ciągnęła za sobą. Równo przy nodze, by się gdzieś nie zapodziała, by o niej nie zapomniała. Chmurki oczywiście krążyły nieustannie nad jej głową, jak złowieszcze kruki. Czasem Tośka miała ich dość. Chciała, żeby zniknęły, żeby pojawiło się słońce, ale ono nie przychodziło… Miała tylko deszczowe chmurki, które nie chciały się uśmiechać, nie chciały rozmawiać i które nie mogły zapewnić jej ciepła, gdy marzła.

Któregoś dnia coś się zmieniło. Na początku dziewczyna się nie zorientowała. Wstała jak każdego dnia, umyła się, ubrała, uczesała, zjadła śniadanie, wyszła z domu na miasto. I tak szła przed siebie, mając to dziwne uczucie, że coś tu nie pasuje. Tylko co?

Nagle zapaliła jej się lampka. Spojrzała w górę, nad swoją głowę i to co zobaczyła było niewiarygodne. Deszczowe chmurki zastąpiły te dobre, zwiastujące pogodę oraz słońce. Uśmiechało się do niej radośnie i  wyciągało do niej ręce, chcąc jej dotknąć i ogrzać. Tosia, choć bardzo zaskoczona, była również uszczęśliwiona nagłą zmianą na lepsze, jak wtedy myślała. Dziarskim krokiem ruszyła do celu z uśmiechem na ustach i z nadzieją w sercu na to, że będzie lepiej.

W momencie, gdy pojawiło się słońce, Tośka zapomniała o walizce, w jakiej zgromadziła przez lata emocje, doświadczenia, wspomnienia, plany i marzenia. Zgubiła ją i zaczęła być kimś innym, kimś, kim wcześniej nie była, choć gdy spoglądała w lustro ciągle widziała tą samą siebie. Jak każdego poprzedniego dnia.

Jakiś czas później dziewczyna doszła do wniosku, że czegoś jej w życiu brakuje, choć na pierwszy rzut oka wcale tego nie było widać. Zastanawiała się mocno nad tym, co jej umykało. Raz po raz sprawdzała, czy słońce nie zniknęło. Było, uśmiechało się do niej, czasem ją łaskotało promieniami i rozbawiało, lecz Tośka przestała czerpać z tego przyjemność. Coś nie grało, choć przecież zaszły zmiany na lepsze.

Tylko czy na pewno były one dla Tośki najlepsze skoro nie czuła się dobrze i wątpliwości kłuły jej myśli jak kamyk w bucie stopę?

Dochodząc do sedna, pojawiło się w moim życiu kilka nieoczekiwanych zdarzeń. Pewne znajomości, których się nie spodziewałam, które były całkiem miłym zaskoczeniem, ale które być może będą się musiały zakończyć. Kiedyś bardzo ich pragnęłam, chyba dostałam je zbyt późno, by móc je przyjąć, choć dostały szansę na zagoszczenie w moim życiu. Nie przekreśliłam ich od razu i czekam jeszcze jak się rozwiną, mimo iż nie mam poczucia, że są mi potrzebne, bo zaczęło mi być ze sobą dobrze już jakiś czas temu. Poskładałam się, przestałam być częściami, a zaczęłam być całością. Świadomą swoich pragnień całością, co najważniejsze. A te pragnienia niekoniecznie łączą się z innymi osobami.

Czy na pewno wszyscy jesteśmy ludźmi?

Wczoraj w lokalnej gazecie przeczytałam o kierowcy autobusu, któremu pijani pasażerowie zdemolowali drzwi. Została wezwana policja, która oczywiście nic wielkiego nie zrobiła, poza sprawdzeniem trzeźwości kierowcy i zabraniem mu dowodu rejestracyjnego, bo uszkodzonym pojazdem jeździć nie można, jak wiadomo.

Nie dodałam, że kierowca ten pochodzi z Ukrainy i już wcześniej pisano o nim w gazecie, jakoby brawurowo jeździł.

Cóż mogę powiedzieć ze swojej strony?

Miałam okazję jechać kilka autobusem prowadzonym przez Ukraińców. Podczas jednej sytuacji kierowca wyprosił pasażera jawnie pijącego z tyłu pojazdu alkohol, mimo zakazu. Ten oczywiście zaczął mu ubliżać i nie chciał opuścić autobusu. Właściwie to było godne podziwu, że kierowca zwrócił mu uwagę, że w autobusie nie spożywa się piwa, bo polski kierowca nie zawracałby sobie tym głowy, co niejednokrotnie widziałam. Przy drugiej ludzie zaczęli po prostu już się śmiać z opóźnień i tego, że kierowca powiózł ich nie tam, gdzie trzeba, że nie potrafi wydawać z naszych pieniędzy itp.

Co na to firma przewozowa? Oczywiście, nic nie wie, żadnych skarg nie było, a ludzie są niezadowoleni i żalą się do gazety. Przy czym jeden pan zwrócił uwagę na to, że po prostu jesteśmy nietolerancyjni (my Polacy) i dlatego trwa nagonka na tych kierowców.

To czy jako naród jesteśmy nietolerancyjni, czy nie pozostawiam kwestią otwartą, której nie będę zgłębiać w tym przypadku. Niekompetencja razi, ale pewne rzeczy można zrozumieć i wybaczyć.

Inna sytuacja:

Któregoś dnia przyszła starsza pani, oglądała gazety z zamiarem kupna. Po prostu nie mogła się zdecydować i je przeglądała. Przychodzi facet po 30-tce i od razu do niej z pretensją w głosie:

- Tutaj się kupuje, a nie ogląda.

Pani zaskoczona. Ja niemniej. Kobieta odpowiedziała mu grzecznie:

- Ale ja kupuję, proszę Pana.

Na co on spojrzał na nią tylko z powątpiewaniem i zażyczył sobie paczki papierosów.

Owa pani mogłaby być jego matką, ale już nic nie chciałam mówić. Z pewnymi osobnikami nie wchodzi się w dyskusje, zwłaszcza w miejscu pracy.

Jeszcze inna sytuacja:

Nie ukrywam, że pamiętam po co niektórzy klienci przychodzą i nie muszą mi tego mówić. Po prostu od razu sięgam na półkę i im to daję. Ale nie jestem w stanie zapamiętać wszystkich, bo tych ludzi trochę się przewija. Zresztą, to moja dobra wola, żadnych gratyfikacji, poza uśmiechem klienta z tego powodu nie dostaję.

Przychodzi wczoraj pewien pan, nieprzyjemny osobnik, który burczy pod nosem, że czasem nie jestem w stanie zrozumieć, czego on chce. I tak też było wczoraj, że coś sobie mruknął pod nosem, a mi zaświtało w głowie tylko, że chodzi o papierosy. Tylko jakie? Zapytałam, na co on, że powinnam pamiętać, bo on często tu przychodzi.

Nie powiem, zatkało mnie, ale starałam się podejść do tego swobodnie i ze śmiechem odpowiedziałam, że za rzadko przychodzi.

- Co drugi dzień tu jestem – poinformował mnie.

Cóż, najwidoczniej nie zapadł mi w pamięć. Gburów staram się nie zapamiętywać. Przyszli, poszli i niech nie wracają.

Co chcę przez ten wpis powiedzieć?

Wszyscy jesteśmy ludźmi. Popełniamy błędy, podejście roszczeniowe nie jest dobre. Można się dogadać na spokojnie, tylko trzeba tego chcieć. Z obu stron. Jedna nic nie wskóra.

Czasem się zastanawiam, w jakim świecie mnie chowali, bo do tego chyba jestem nieprzystosowana. Żartując, oczywiście. ;)

Ten be, tamten też nie!

Samotność mi nie przeszkadza.

To tak jak napisała Maja na swoim blogu, samotność daje spokój, można zostać ze swoimi myślami, odpocząć od hałasu i innych ludzi. Po prostu pobyć sam na sam ze sobą. I to jest ok. Mi to odpowiada. Ba, ja tego potrzebuję.

Bycie singielką mi nie przeszkadza, choć mam momenty, gdy potrzebowałabym męskiego wsparcia. Ale nie jest mi źle. Nie narzekam. Umiem sobie radzić sama, a jak z czymś sobie poradzić nie mogę, idę i proszę o pomoc kogoś, kto się na tym zna lub zwracam się do fachowca.

To nie tak, że sobie wybrzydzam i odrzucam wszystkich zainteresowanych po kolei, mówiąc ,,Ten be, tamten też nie. Bo rudy, bo za niski, bo piegowaty czy ma krzywy nos.”

Liczą się inne kategorie.

Dlaczego w ogóle o tym piszę?

Piszę o tym, ponieważ przychodzi do mojego miejsca pracy pewien starszy pan, z którym zamieniłam kilka zdań, wśród nich dowiedział się, że nie mam chłopaka i od tamtej pory za każdym razem jak mnie widzi ubolewa nad tym faktem.

On ubolewa. Mi to nie przeszkadza. To nie tylko kwestia przyzwyczajenia do bycia samej. Nie wiem, czy odnalazłabym się w związku. Nie lubię ograniczeń, ingerowania w moje sprawy, nie podporządkowałabym się całkowicie komuś, gdyby chciał. Muszę zrobić po swojemu. Mogłabym pójść na kompromis, bo o tym zawsze można rozmawiać. Być może też zbytnia bliskość mnie przeraża i to, że już nie chciałabym mieć złamanego serca… A oddałabym je w całości. W dodatku mnie nie interesują krótkotrwałe przygody, a coś poważnego i prawdziwego. Jeśli już miałabym się zdecydować. Może kiedyś zmienię zdanie, ale w tej chwili takie mam założenie, że przygód nie chcę.

Co słyszę od tego pana?

Że sama, że mnie ma mnie kto pilnować tutaj w tym sklepie, że młoda, ładna i nie ma chłopaka. Odpowiadam, że no nie mam, nikt mnie nie chce, albo ja nie chcę tych, co chcą mnie i co mam zrobić, co poradzić na bycie samą? W sensie bez pary. Czy mam sobie napisać na koszulce, że szukam chłopaka i wyjść tak na ulicę? Nie przesadzajmy. Desperatką nie jestem. Alkoholika nie chcę.

Palacza zresztą też nie, bo nie znoszę papierosów i byłaby bardzo zadowolona, gdyby przestały istnieć. Tak więc z palaczem się nie umówię nawet na randkę. Weź się całuj z popielniczką albo z zatkniętym nosem, bo przecież ten zapach jest okropny. Ćpanie też nie wchodzi w grę.

On po prostu musi być taki, żeby mi pasował.

Mieć poczucie humoru, lubić książki, a przynajmniej rozumieć moje uwielbienie do nich. Mieć jakieś swoje pasje, no i nie wiem. Mieć to ,,coś”, co mnie do niego będzie przyciągać. Oczywiście, musi mnie akceptować taką, jaką jestem. A wiem, że jestem trudna czasem.

Nie będę tego wszystkiego tłumaczyć każdemu, kto mnie zapyta, dlaczego nie mam faceta, bo to za dużo mówienia i właściwie tłumaczyć się nikomu ze swojego życia nie muszę.

Tak się potoczyło i ja nie mam z tym specjalnego problemu.

Problem jest dopiero, gdy ktoś zaczyna mi o tym mówić i to tak jakby mi to umniejszało.

Kiedyś 20-stoparolatki określano mianem starej panny, a jakie one stare były? Pewnie wiązało się to też z szybszą śmiercią, ale no wiecie, rodzice ubolewali, że żaden kandydat dla ich córki się nie pojawia i wiercili dziurę w brzuchu tej biednej dziewczynie albo wydawano ją za dużo starszego faceta. Aranżowane małżeństwa to zło. Nie chciałabym, aby mnie spotkało. Ludzie powinni mieć wybór, z kim chcą spędzić swoje życie. Może nie każde ustawione małżeństwo było klapą, może małżonkowie się z czasem pokochali, ale nie. Po tysiąckroć ,,nie”.

Bycie singielką nie umniejsza. To nie jest mój wybór, jak u co niektórych. Po prostu miłość do mnie nie przyszła. Może jeszcze nie przyszła. A może już nie przyjdzie? Nie mam pojęcia i nie będę się nad tym głowić, bo jaki to ma sens? Na pewno nie jestem gorsza od tych, co są w związku.

Żyję swoim życiem. Realizuję się w innych dziedzinach i jestem z tego zadowolona, a to chyba ważne, co nie?