Poczucie ,,małości”

Przez 9 miesięcy rozwijasz się w organizmie matki, nic Cię nie obchodzi, nie wiesz, jak ona wygląda i jak wygląda świat, w którym przyjdzie ci żyć.

Rodzisz się.

I ,,obchodzi” cię tylko to, by dostać jedzenie, mieć suchą pieluchę i móc spać oraz mieć blisko kogoś, kto się tobą zajmie.

Rośniesz sobie, stajesz się coraz bardziej świadomą istotą. Płaczesz, śmiejesz się, wrzeszczysz, bez zastanawiania się nad konsekwencjami. Nadal polegasz na innych, głównie na rodzicach, których obecności ciągle wymagasz.

Osiągasz wiek przedszkolny, trafiasz do grona rówieśników. Spędzasz czas na zabawie, nadal odkrywasz swoje otoczenie.

Idziesz do szkoły, zaczynasz mieć obowiązki i zaczynasz być za coś odpowiedzialny. Nawiązujesz kolejne znajomości.

Stajesz się nastolatkiem, odkrywasz swoje pasje, przy okazji hormony buzują, wykłócasz się z rodzicami, buntujesz się, chcesz robić to, czego zapragniesz, a nie to, co ci każą, szukasz siebie. Chcesz DOROSNĄĆ, bo wydaje ci się, że wtedy będzie lepiej, bo nikt nie będzie ci rozkazywać, mówić, co masz zrobić, zabraniał czegoś. Ale to tylko tak ci się wydaje.

Bo gdy już jesteś tym ,,fajnym dorosłym”, to sobie myślisz, jak dobrze było być dzieckiem. Nie mieć trosk, zmartwień, nie mieć tyle na głowie, jak dobrze było nie ponosić dużej odpowiedzialności za swoje czyny, jak dobrze było spędzać swój czas głównie na zabawie.

Wiesz, że dorosłość ma swoje plusy i wiesz, że takie jest życie człowieka. Rodzi się, dorasta i nie może cofnąć czasu i być z powrotem niewinnym dzieckiem. Ale wiesz też, jak czasem bycie dorosłym jest do d*py. Po prostu.

Musisz zaplanować swoją przyszłość. Rozstajesz się ze szkolną paczką, tracicie kontakt, choć obiecaliście sobie, że będziecie go utrzymywać. Kształcisz się dalej albo idziesz do pracy. Znajdujesz drugą połówkę albo i nie. Myślisz o wyprowadzce od rodziców, bo wypadałoby się usamodzielnić. Nie wszystko zawsze idzie po twojej myśli. Niczego w 100 procentach nie możesz być pewny. Stajesz przed wieloma dylematami i dokonujesz wielu wyborów, nie wiedząc czy są właściwe.

No właśnie, muszę dokonać pewnych wyborów.

W dodatku mam poczucie, że nawet jeśli sporo zdobyłam, to jednak jest to za mało. Ciągle jestem ciekawa wielu rzeczy, świata, ludzi, różnych dyscyplin i zagadnień. Chcę spróbować rzeczy, których jeszcze nie miałam okazji lub na które nie miałam odwagi. Nie chcę utkwić w jednym miejscu, ale też obecnie skupiam się na tu i teraz, bo przyszłość jest niepewna. Nie mogę przewidzieć, co się stanie np. za dwa miesiące, albo za pół roku czy za rok. Z drugiej strony nie wiem, czy to nie są tylko moje chęci, chcieć sobie można, a umieć coś, tak naprawdę się na tym znać to inna kwestia.

Więc jak mogę teraz się określić, co zrobię?

Nie mogę.

I nie chcę. Mam to, co mam i na razie mi to wystarczy. Jest dobrze, jak jest.

,,Kiedyś” to ładne słowo. Pozwala odwlec coś w czasie.

Tak więc:

Kiedyś zmądrzeję.

Kiedyś jeszcze pozwolę się sobie zakochać albo się chociaż zauroczyć.

Kiedyś zrozumiem to, czego teraz nie pojmuję.

I kiedyś pozbędę się lęku.

Raz na zawsze.

Właściwie od tego ostatniego powinnam zacząć.

Śmiałe wnioski

Czy Polska to umierający pacjent?

Czy istnieją leki na nowotwory i AIDS, tylko koncerny farmaceutyczne nie chcą ich wypuszczać na rynek?

Czy gdyby poprosić jakiegoś matematyka o wyliczenie, kiedy umrze ostatni Polak, podałby dokładny termin?

Czy będziemy jednym z ostatnich pokoleń, które umrze, a te po nas nie, bo znajdą się sposoby na nieśmiertelność?

Pewna osoba w moim otoczeniu ostatnio stwierdziła, że tak.

Czarna to przyszłość.

Może tak, a może nie

Przeczytałam ostatnio krótki tekst  o profesorze językoznawstwa, który poprosił jedną ze swoich studentek o przeczytanie słownikowej definicji słowa ,,kochać”. Według niej ,,kochać” znaczy tyle co darzyć sympatią/uwielbieniem itp. Profesor był oburzony takim stwierdzeniem. Uważał je za bzdury i oznajmił, że darzyć sympatią to on może bardzo wielu ludzi i to nie znaczy, że ich kocha i za Anną Wierzbicką  (polska językoznawczyni) podał taką definicję: „Kochać, to chcieć być czyimś dobrem”.

Być czyimś dobrem – ładne.

Usłyszałam w te święta: Kocham Cię – dwukrotnie, a nawet, że z całego serca. ;) Od małej blondyneczki, której poświęciłam swój czas i uwagę. Bycie czyjąś ciotką, tak naprawdę, z doświadczaniem tego było dla mnie jeszcze do niedawna pojęciem abstrakcyjnym. Połączenie ja i dzieci uważałam za niezbyt dobre. Nie potrafię się zajmować dziećmi w moim mniemaniu. Ale może nie jest tak źle? Obcowałam trochę z nimi (mało, bo mało, ale tak) i w sumie było pół na pół. Jedne potrafiłam czymś zająć i wywołać ich uśmiech, inne nie… Lepiej o tym dalej nie opowiadać. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego uważa się, że panie pracujące z małymi dziećmi wyglądają na młodsze niż są w rzeczywistości. ;)

Dzisiaj trafiłam w sieci na jeszcze coś:

,,Im dłużej czekasz na przyszłość, tym krótsza będzie.”

No właśnie, tak a propo zmian i tej całej reszty, która mnie ostatnio dołuje….

Zmiany czasów

Opłacało się kiedyś, a teraz się nie opłaca?

Przejeżdżam czasami obok opuszczonych budynków: po firmach, które dobrze prosperowały i były znane w regionie, a teraz albo pozostawiono kilka biur albo nie ma nic i stoją puste, rozgrabione.

Mijam miejsca w żaden sposób nie zagospodarowane.

Odczuwam jakiś żal, jak tak na nie patrzę. Miały swoją przeszłość, często dobrą i skończyły marnie. Wypełnione śmieciami, rozpadające się.

Była cukrownia, przez wiele lat nic się tam nie działo. Teraz wybudowali nowe osiedle na tym terenie. Była cukrownia w innym mieście, zamknęli ją, a teraz podobno otworzyli. Jest młyn, stoją wielkie kontenery na zboże. I rdzewieją. Przepływa tam rzeka. I nic się nie dzieje. Przez długi.

Kupujemy coś z zagranicy, choć moglibyśmy to produkować we własnym kraju. Ludzie mieliby pracę. Ale się nie opłaca. Produkcja jest droższa niż kupno. Prawa rynku.

Kiedyś na wsi ludziom opłacało się sadzić ziemniaki, warzywa. Dzisiaj niektórzy twierdzą, że wolą sobie je kupić w sklepie.

Bardziej inwestuje się w maszyny niż w człowieka.

To wszystko pokazuje jak zmienia się świat, jak idzie do przodu, jak się rozwija.

Nie możemy sobie pozwolić, by zostać z tyłu.

Na koniec mam świetny cytat z facebookowego profilu Kobieca czytelnia:

,,Praca nad samym sobą to najbardziej pewna robota”. ;)

Dobry czy zły czas?

Pochłonęło mnie…

Zaczytałam się, zaoglądałam (nie ma takiego słowa), zamyślam się i zaczęłam skupiać na tym, co jest tu i teraz oraz na przyszłości.

Kończę ,,Północ i Południe” E. Gaskell, wciągnął mnie serial ,,Jessica Jones” i mecze siatkówki (uwielbiam oglądać tych chłopaków i ich grę), mimo że sama nie potrafiłam nigdy dobrze grać w ,,siatkę”. Wciągnęły mnie spotkania i rozmowy z ludźmi? Nie do końca. Chociaż miło było usłyszeć od taty przyjaciółki, że nadal jestem ładna, i że taka byłam, gdy mnie poznał. A poznał mnie jako nastolatkę, wyglądającą jak napompowany pączek z wypryskami. Moje policzki nadal są pucołowate, ale przyzwyczaiłam się. Także skoro wtedy uznał mnie za ładną i teraz też – biorę to jako komplement. Rodzice koleżanek zazwyczaj mnie lubili/lubią nadal. Kolegów prawie nie miałam, więc to się nie wlicza. ,,Mój uczeń” raz przychodzi, a raz nie, także trochę mnie to nie pociesza. Miałam iść do lekarza ze znamieniem, żeby kiedyś nie usłyszeć diagnozy – czerniak. Jeszcze nie poszłam.

Z drugiej strony straciłam pewną przynależność i zaczęłam myśleć o wcześniej organizowanych projektach na studiach. Brakuje mi tego, choć czasem było dużo nerwów. Od października chyba znowu się zacznie… Też nie mam jeszcze pewności, bo przedłużono rekrutację.

Myślę o ponownym wolontariacie, o pracy, o językach obcych. Napisałam część CV, ale go jeszcze nie dokończyłam.

Zamknęłam się ostatnio na świat. Czegoś mi brakuje i chyba nie do końca wiem czego. Jakieś iskry ekscytacji, poczucia przydatności, poczucia, że nie tylko coś wiem, ale i umiem coś wykonać…?

Szukam odpowiedzi.

Nie jestem chora, nie czuję się źle. Coś robię, nie siedzę bezczynnie, a jednak coś nie gra.

Dobry czy zły czas?

Z pewnością odrobinę dziwny.

Dobrej nocy.

 

L. B.