Deszczowe chmurki

Kiedyś na zajęcia z psychologii ogólnej napisałam bajkę terapeutyczną. Ten wpis będzie utrzymany w podobnym klimacie, choć morał tej bajki raczej nie dla dzieci. Nazwę bohaterkę Tośka, dla lepszego zobrazowania.

Nad głową Tośki zwykle krążyły ciemne chmurki. Czasem były uśpione, a czasem wylewały na nią tysiące kropli wody, co nie było przyjemne pod żadnym względem. Ale Tośka się nie zrażała i trwała dalej, dźwigała różne bagaże, np. z emocjami albo ze wspomnieniami. Walizka Tosi zmieniała rozmiary wraz z upływem lat. Im Tośka była starsza, tym walizka większa, a dziewczyna dzielnie ją ciągnęła za sobą. Równo przy nodze, by się gdzieś nie zapodziała, by o niej nie zapomniała. Chmurki oczywiście krążyły nieustannie nad jej głową, jak złowieszcze kruki. Czasem Tośka miała ich dość. Chciała, żeby zniknęły, żeby pojawiło się słońce, ale ono nie przychodziło… Miała tylko deszczowe chmurki, które nie chciały się uśmiechać, nie chciały rozmawiać i które nie mogły zapewnić jej ciepła, gdy marzła.

Któregoś dnia coś się zmieniło. Na początku dziewczyna się nie zorientowała. Wstała jak każdego dnia, umyła się, ubrała, uczesała, zjadła śniadanie, wyszła z domu na miasto. I tak szła przed siebie, mając to dziwne uczucie, że coś tu nie pasuje. Tylko co?

Nagle zapaliła jej się lampka. Spojrzała w górę, nad swoją głowę i to co zobaczyła było niewiarygodne. Deszczowe chmurki zastąpiły te dobre, zwiastujące pogodę oraz słońce. Uśmiechało się do niej radośnie i  wyciągało do niej ręce, chcąc jej dotknąć i ogrzać. Tosia, choć bardzo zaskoczona, była również uszczęśliwiona nagłą zmianą na lepsze, jak wtedy myślała. Dziarskim krokiem ruszyła do celu z uśmiechem na ustach i z nadzieją w sercu na to, że będzie lepiej.

W momencie, gdy pojawiło się słońce, Tośka zapomniała o walizce, w jakiej zgromadziła przez lata emocje, doświadczenia, wspomnienia, plany i marzenia. Zgubiła ją i zaczęła być kimś innym, kimś, kim wcześniej nie była, choć gdy spoglądała w lustro ciągle widziała tą samą siebie. Jak każdego poprzedniego dnia.

Jakiś czas później dziewczyna doszła do wniosku, że czegoś jej w życiu brakuje, choć na pierwszy rzut oka wcale tego nie było widać. Zastanawiała się mocno nad tym, co jej umykało. Raz po raz sprawdzała, czy słońce nie zniknęło. Było, uśmiechało się do niej, czasem ją łaskotało promieniami i rozbawiało, lecz Tośka przestała czerpać z tego przyjemność. Coś nie grało, choć przecież zaszły zmiany na lepsze.

Tylko czy na pewno były one dla Tośki najlepsze skoro nie czuła się dobrze i wątpliwości kłuły jej myśli jak kamyk w bucie stopę?

Dochodząc do sedna, pojawiło się w moim życiu kilka nieoczekiwanych zdarzeń. Pewne znajomości, których się nie spodziewałam, które były całkiem miłym zaskoczeniem, ale które być może będą się musiały zakończyć. Kiedyś bardzo ich pragnęłam, chyba dostałam je zbyt późno, by móc je przyjąć, choć dostały szansę na zagoszczenie w moim życiu. Nie przekreśliłam ich od razu i czekam jeszcze jak się rozwiną, mimo iż nie mam poczucia, że są mi potrzebne, bo zaczęło mi być ze sobą dobrze już jakiś czas temu. Poskładałam się, przestałam być częściami, a zaczęłam być całością. Świadomą swoich pragnień całością, co najważniejsze. A te pragnienia niekoniecznie łączą się z innymi osobami.

Nie mów do mnie o miłości

,, Niedługo kupię dużo książek i będę je czytać. Wieczorami pójdę sobie do kina, a nocami będę słuchał deszczu spadającego na miasto. I tak będzie aż do wiosny. I aż do wiosny nie będę do nikogo mówił o miłości.” – pisał Marek Hłasko.

castles-616573_960_720

(Obrazek z Pixabay.com)

Znowu trochę poprzynudzam.

Wiosna nadeszła, choć wcale na to nie wygląda, bo za oknem zimno, pada deszcz i wieje wiatr. Panuje ponura aura, ludzie siedzą zamknięci w swoich domach, zamiast jeść lody na mieście i spacerować, wystawiając twarz do słońca.

Nie ukrywam, że miłość jest dla mnie drażliwym tematem. Mało o niej mówię. Nie chcę o niej mówić, pod jakąkolwiek postacią by się nie ujawniała. Trochę wstydzę się o niej mówić. Ani razu nie byłam w związku… Nie żebym nie miała szansy, bo pojawiło się kilka. Odrzuciłam je. Nie chcę tego tłumaczyć.

Ale przeczytałam właśnie pewien artykuł. O miłości, oczywiście. Jego autorka wyróżniła trzy jej rodzaje, mając na myśli to w kim się zakochujemy: Pierwszą Miłość, Drugą Miłość, zwaną Trudną Miłością oraz Trzecią Miłość, której się nie spodziewamy.

Analizując  swoje stany zakochania pod kątem tego tekstu, doszłam do wniosku, że te dwie pierwsze mam już za sobą, a Trzecią przed. ;D

Pierwsza miałaby się charakteryzować tym, że idealizujemy tą osobę, którą jesteśmy oczarowani. Liczymy, że będzie tym jedynym/jedyną, na zawsze. Druga przynosi ból, sprawia że robimy głupie rzeczy, byle tylko być z tym człowiekiem, na jakim nam zależy, nie widząc tego, że być może wcale do siebie nie pasujemy. A Trzecia, ta akurat nas zaskakuje, jest niespodziewana i to jest chyba właśnie ta odpowiednia, prawdziwa, bo partner po prostu nam pasuje, ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami. ;)

A dzisiaj za kupienie książki dostałam takiego oto kwiatka:

20170422_161128 — kopia Śmiałam się, że normalnie nie dostaję, to chociaż w sklepie mi dali. ;D

Dziwnie

Obejrzałam ,,Still Alice” i ,,W Hongkongu jest już jutro”. Oba mi się podobały. I oba są o miłości. Z tym, że ten pierwszy to o rodzinnej miłości, w którą wplata się bardzo poważna choroba, jaką jest Alzheimer. Drugi film z kolei jest opartą głównie na dialogu historią, która zostaje urwana, niedokończona (może będzie kolejna część?).

Zbliżają się moje urodziny (tak, nie powiem, że nie lubię listopada, bo z racji tego, że na początku tego miesiąca się urodziłam to jestem z nim związana). Mamy czas refleksji i dla mnie dzień urodzin jest takim dniem, w którym się jeszcze bliżej sobie przyglądam i wyciągam pewne wnioski, szykuję jakieś zmiany (niekoniecznie długofalowe). Nie świętuję jakoś specjalnie, nie ma sensu. Kto pamięta o mnie wtedy, to pamięta, jest mi miło, ale poza tym to dzień jak co dzień, tylko trochę bardziej szczególny dla mnie. Kolejny rok doświadczenia na koncie. A może wcale nie…

Ostatnio chyba jestem trochę uciążliwa dla otoczenia. Gdzieś znowu szukam zainteresowania, na swój sposób i oczywiście to nie wychodzi. Otwieram się, a potem dochodzę do wniosku, że lepiej się zamknąć… Znowu próbuję i znowu trafiam na ścianę.

Jednocześnie przestaję się angażować w rzeczy, które sprawiały mi przyjemność. Staję się bardziej niecierpliwa. Nie wiem, co tak naprawdę o tym sądzić. Znowu jakiś dziwny czas.

Miałam napisać o aktywności. Może innym razem…

Luźne refleksje – szkoła dla dziewcząt

Przenoszę się do XX wieku. Stoję na placu przed starym piętrowym budynkiem porośniętym winoroślą. W rękach trzymam nieduży bagaż. Okna są stare, drzwi też. Czuję na sobie wzrok dziesiątek par oczu. Wiem, że te osoby są tylko ciekawe, ale czuję się nieswojo. Trafiłam do nowego, nieznanego miejsca. Otaczający mnie krajobraz jest dosyć ponury, szary, nadchodzi zima. Niedaleko znajduje się park z ciemnymi miejscami i małym jeziorkiem. Nie wiem, co mnie czeka, gdy przekroczę próg tego budynku.

Po raz kolejny oglądałam film dotyczący czasów przed drugą wojną światową. Akcja toczyła się w Anglii, w szkole z internatem dla dziewcząt. Sceneria mniej więcej jak w ,,Ani z Zielonego Wzgórza”, tylko w czasach, gdy była dorosła i była nauczycielką.

W historiach, które widziałam do takich szkół zwykle trafiały tzw. dziewczęta z dobrych domów, bogaczki, arystokratki. Szybko pojawiała się jakaś wredna liderka, która ustawiała wszystkich naokoło. Wszystkie uczennice, oczywiście. Obowiązywały mundurki i dyscyplina, czasem te młode panny spotykały kary fizyczne za akty ,,nieposłuszeństwa”, i tak nie było się komu poskarżyć. Czasem trafiała się jakaś nauczycielka z prawdziwego powołania, która stawała się kimś bliższym, godnym zaufania i która broniła swoich podopiecznych. Nie może być tak, żeby wszyscy byli źli, prawda? Wszyscy mają zachowywać się tak samo, uczyć się tego samego, robić w danej chwili to, co pozostali, podobnie się ubierać i mieć podobne fryzury, jeść to samo o tej samej porze, chodzić spać o tej samej godzinie i pamiętać, że nikt nie zostaje wyróżniony i wszyscy są tacy sami.

Siedzisz cicho, prosto, odzywasz się tylko wtedy, gdy nauczycielka, która sama często przechodziła tą samą drogę, co Ty teraz o to prosi. Nie masz prywatności, bo listy, które piszesz są czytane, poranna toaleta wykonywana jest wspólnie w jednym dużym pomieszczeniu, zasypiasz wśród rzędu łóżek z koleżankami. Poza lekcjami uczęszczasz na msze, spowiadasz się. Jesteś tylko dzieckiem, jesteś tylko nastolatką, w Twojej głowie rodzą się marzenia: o miłości, o podróżach, po prostu o opuszczeniu miejsca, w którym obecnie mieszkasz. Zaczynasz pragnąć czegoś więcej. Jednak w rzeczywistości, w jakiej żyjesz sny, marzenia i pragnienia nie mają żadnego znaczenia i nikt się nimi nie przejmuje poza towarzyszkami niedoli. Twoja indywidualność się tu nie liczy. Jesteś  w grupie, masz się zachowywać odpowiednio i nie podpaść ani wychowawcom, ani innym dziewczynom. Na lekcjach czasem ktoś zauważy Twoje sukcesy, może pochwali. Czytasz jakieś nudne książki, bo jedynie takie są dozwolone. Rzadko ktoś z bliskich Cię odwiedza. Czujesz się opuszczona. Ubierasz się w spódnice lub sukienki (żadnych spodni!). Dni wyglądają tak samo, pełne tęsknoty.

Wtedy nie chodziło tylko o kształcenie dziecka, ale często też po prostu o pozbycie się go, bo przeszkadzało.

Dobra, dosyć tej ckliwości…. ;).

 

L. B.