Ze wszystkimi?

Dzisiaj zadaję sobie pytanie, czy naprawdę ze wszystkimi można kooperować, współdziałać, czy też współpracować, bo właśnie o to słowo mi chodzi.

Umiejętności pracy w grupie uczy się nas w szkole. (Lubiliście?) A czasem trafia się też taka praca, w której trzeba pracować w zespole.

I co? Z każdym się da? Zwłaszcza gdy się go nie lubi? Gdy nie można się dogadać? Gdy ktoś ma inną wizję, która niekoniecznie przypadła nam do gustu? A już szczególnie gdy spotyka się dwóch indywidualistów… i trudno o kompromis. Kiedy dochodzi do kłótni i psuje się atmosfera, jak pracować dalej?

Co prawda, współpraca z innymi daje różne korzyści. Można przeprowadzić tzw. burzę mózgów, gdzie każdy rzuca jakiś pomysł i nikogo się nie krytykuje, tylko na końcu analizuje i wybiera najlepsze rozwiązania. Im więcej pomysłów tym lepiej, tym bardziej kreatywnie, choć czasem coś brzmi głupio. Współpraca to też rozproszona odpowiedzialność. Gdy coś pójdzie nie tak, będzie jakaś obsuwa – oberwie się wszystkim, którzy pracowali nad danym projektem na przykład, a nie jednej osobie. Poszczególne zadanie zostają podzielone na określone osoby w drużynie, jeden człowiek nie jest obarczony nimi wszystkimi. Zajmuje się tylko jakąś częścią, z której zostanie rozliczony.

Kiedy sama mam pracować w grupie, nie przeszkadza mi się, dostosowuję się, lecz wolę robić coś indywidualnie. Z rozmów przeprowadzanych ze znajomymi wiem, że nie tylko ja. ;)

Dlaczego lubię pracować sama? Dlatego że spełniam swoją i tylko swoją wizję. Może i mam więcej pracy, ale i zasługi potem mogę przypisać jedynie sobie, co jest pochlebne, co utwierdza mnie, że jestem w czymś dobra i nie zawdzięczam tego nikomu innemu, tylko sobie samej. Krócej mówiąc, daje mi to satysfakcję. Kiedy zbiorę cięgi, no to już nie jest tak przyjemnie, ale też nie jestem osobą, która uchyla się od odpowiedzialności i nie potrafi przyznać do błędu. Poza tym na kogo miałabym zrzucić pomyłkę? Na nieistniejące krasnoludki? ;) Pracując z kimś innym też umiem się cieszyć sukcesem czy też smucić porażką. Wtedy po prostu trzeba się umieć podzielić.

Nie wyobrażam sobie (czyt. raczej nie umiem) współpracy z osobą, do której nic nie dociera, z którą mam coś robić, ale ona nie przyjmuje do siebie moich argumentów, która uważa, że jestem niżej od niej i nie chce być moim partnerem w pracy, tylko żebym była podwładnym i mniej liczącym się zawodnikiem (czy wtedy w ogóle można mówić o czymś takim jak współdziałanie?), która jest uparta jak osioł i mało elastyczna w takim sensie, że trwa przy utartym schemacie i nie chce spróbować nowości, która odrzuca coś, bo jej się nie podoba, a nawet się nad tym nie zastanowiła. Taka współpraca jest po prostu trudna, a po co się męczyć jeszcze bardziej? Mogę kogoś nie lubić, ale jeśli pracuje mi się z nim dobrze, to mogę to przeboleć. Choć wiadomo, że lepiej pracuje się z kimś kogo darzy się sympatią.

Myślę, że niełatwo jest współpracować z kimś, choć uczy się nas tego od najmłodszych lat. Niemniej to przydatna umiejętność i z pewnością doceniana przez pracodawców. Ludzie są różni, ale powinni pamiętać o wspólnych celach, jakie ich łączą i wtedy nawet pomimo zatargów, różnych zgrzytów czy braku sympatii będzie łatwiej razem pracować.

Tak moim zdaniem, oczywiście. ;)

Po prostu życie…

Jakby to powiedzieć?

Może ot tak, po prostu.

Ludzie mają różne strachy i lęki.

A ja m. in. boję się szpitali.

Usunięto mi wczoraj to znamię, o którym pisałam.

Serce mi waliło, denerwowałam się, co było widać, bo po mnie widać wszystko. Zresztą przyszła po mnie siostra, a że było opóźnienie to jeszcze się zobaczyłyśmy po zabiegu i sama to zauważyła. Starałam się oddychać. Nie uciekłam, nie popłakałam się jak kiedyś przy podobnym zabiegu. Lekarz i pielęgniarka próbowali mnie zagadywać. Oboje byli mili, co bardzo doceniam.

Ale przekonałam się po raz kolejny, że nie potrafię rozmawiać z mężczyznami. Za każdym razem palnę coś głupiego. A jak jeszcze się stresuję, to już w ogóle lepiej bym nie otwierała ust. Wiecie, że mam problem ze stresem. Zdaję sobie sprawę, że to wygląda śmiesznie i nietypowo, kiedy ludzie na mnie patrzą w takich sytuacjach, bo też przyjaciele mnie uświadamiali, ale staram się to kontrolować jak tylko mogę, bez brania tabletek. No cóż, trudno, przecież jeszcze tylko zobaczę się z nimi przy zdejmowaniu szwów za dwa tygodnie.

Teraz mnie piecze i boli. A jak prowadzę samochód to już w ogóle. Nie polecam.

Spotkałam w kolejce znowu tego pana bez nogi i z odciętą stopą u drugiej nogi. I wiecie co? Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jaki on odczuwa ból. Porozmawiałam z nim chwilę. Mówił, że nie śpi po nocach, nie może siedzieć, stać zbyt długo też nie. Rana się nie goi. A jeszcze musi dojeżdżać do szpitala…. Naprawdę, nie jestem w stanie. Tak samo jak nie wiem, jak moja przyjaciółka mająca cesarskie cięcie wytrzymywała bez brania leków przeciwbólowych. Po prostu nie wiem.

Na uczelni jest nieciekawa atmosfera. Są takie dwie, co to im wiecznie nic nie pasuje i się rządzą. Nie cierpię takiego zachowania. Chciały zmiany specjalizacji, no i może ona nastąpi. Mi to w sumie wszystko jedno, jaka będzie, byle tylko nie zmienili mi promotora pracy dyplomowej, bo to osoba, którą znam z poprzedniego kierunku, i która najbardziej mi odpowiada i szczęśliwym trafem się u niej znalazłam, przepisując się od poprzedniej. W dodatku te dwie dziewczyny wyśmiewają się z tego, co studiowałam wcześniej i z koleżanki, z którą się teraz zadaję. Powiedziałam jej o tym ostatnio, chociaż wahałam się. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że nie one jedne się z niej śmieją, czego się dowiedziałam od innej koleżanki z roku. Tego już jej nie powiedziałam. To nie w porządku. Socjolog nie powinien oceniać, jak to mówią, a one oceniają. Jeszcze w chamski sposób.

Ok, wiem, że są takie osoby, nie tylko na uczelni, ale też w pracy, wśród znajomych. Jednak nie potrafię przechodzić obok takiego zachowania obojętnie. Staram się w ogóle nie przebywać z tymi dziewczynami i nie rozmawiać z nimi. Niemniej atmosfera nie jest przyjazna i zniechęca do chodzenia tam.

Wierząc naiwnie?

Czy to, że ktoś pierwszy wyciąga rękę na zgodę może być oznaką naiwności lub pewnego rodzaju uległości z jego strony? Czy oznacza to tylko, że nie chce żyć w niezgodzie i jest wyrozumiałym człowiekiem?

Szłyśmy na miasto, kiedy zaczęłyśmy temat przyjaźni, wspierania się, przyznawania się do błędów i przepraszania. We dwie stwierdziłyśmy, że trzeba mówić komuś o tym, co zrobił źle względem nas, przez co czujemy się zranione, że jeśli czujemy się winne to przeprosimy pierwsze i przyznamy się do błędu, ale jeśli uznamy, że druga osoba zawiniła bardziej, będziemy czekały aż to ona wyciągnie rękę na zgodę, do czego ta osoba sama też powinna dojść. Wszystko to oczywiście poparte odpowiednimi argumentami. Trzecia z nas za to powiedziała, że ona daje drugie szanse, a właściwie drugie i kolejne, bo wierzy w człowieka, tylko czasem się zastanawia czy rzeczywiście powinna pierwsza wyciągnąć dłoń. Mniej więcej tak to przebiegało.

Znam też kolejną osobę, której było źle, gdy się z kimś nie pogodziła i walczyła o te relacje, pierwsza się odzywała, próbowała wyjaśniać, łagodzić, ponieważ jej zależało na kontynuowaniu znajomości.

Jestem w stanie poniekąd zrozumieć, dlaczego ktoś bierze winę na siebie albo nie oczekuje przeprosin, jedynie chce się zakończyć konflikt. Jednak czy to nie powinno się odbywać tylko do pewnego stopnia? Wydaje mi się, że później ktoś będzie sobie pozwalał na więcej, w sensie traktował z mniejszym szacunkiem lub lekceważył, bo przecież ,,nie będziemy mu mieć tego za złe”. A może to też kwestia asertywności?

Patrząc na to z jeszcze innego punktu widzenia, na urazy chowane przez wiele lat, na kłótliwość ludzi, na to jak całe rodziny ze sobą nie rozmawiają ,,bo ten, co tam kiedyś zrobił i mu nie puszczę tego płazem”, na kłótnie prowadzone przez filmowych Kargula i Pawlaka o byle co, to może jednak czasem warto odpuścić swoją krzywdę, przeboleć w milczeniu i uścisnąć sobie ręce na zgodę, jak to robiliśmy w przedszkolu?

Jeszcze inną kwestią może być to, że niektórzy nie mają w swoim słowniku słowa ,,przepraszam” i nikt ich przepraszać nie nauczył…

L. B.