Może tak, a może nie

Przeczytałam ostatnio krótki tekst  o profesorze językoznawstwa, który poprosił jedną ze swoich studentek o przeczytanie słownikowej definicji słowa ,,kochać”. Według niej ,,kochać” znaczy tyle co darzyć sympatią/uwielbieniem itp. Profesor był oburzony takim stwierdzeniem. Uważał je za bzdury i oznajmił, że darzyć sympatią to on może bardzo wielu ludzi i to nie znaczy, że ich kocha i za Anną Wierzbicką  (polska językoznawczyni) podał taką definicję: „Kochać, to chcieć być czyimś dobrem”.

Być czyimś dobrem – ładne.

Usłyszałam w te święta: Kocham Cię – dwukrotnie, a nawet, że z całego serca. ;) Od małej blondyneczki, której poświęciłam swój czas i uwagę. Bycie czyjąś ciotką, tak naprawdę, z doświadczaniem tego było dla mnie jeszcze do niedawna pojęciem abstrakcyjnym. Połączenie ja i dzieci uważałam za niezbyt dobre. Nie potrafię się zajmować dziećmi w moim mniemaniu. Ale może nie jest tak źle? Obcowałam trochę z nimi (mało, bo mało, ale tak) i w sumie było pół na pół. Jedne potrafiłam czymś zająć i wywołać ich uśmiech, inne nie… Lepiej o tym dalej nie opowiadać. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego uważa się, że panie pracujące z małymi dziećmi wyglądają na młodsze niż są w rzeczywistości. ;)

Dzisiaj trafiłam w sieci na jeszcze coś:

,,Im dłużej czekasz na przyszłość, tym krótsza będzie.”

No właśnie, tak a propo zmian i tej całej reszty, która mnie ostatnio dołuje….

Radość ze słów

,,Pani tekst jest super. Dobrze napisany. Naprawdę super. Podobał mi się.” – usłyszeć takie słowa od wykładowcy, to jest cudowne uczucie. Dodatkowo potwierdzające, że potrafi się pisać, i to ciekawie! ;)

Skłamałabym, gdyby powiedziała, że nie potrzebuję, aby ktoś docenił to, co zrobiłam. Lubię czuć się doceniona, to świetne uczucie. Dowartościowuje. Pokazuje, że nie jestem głupia. I jest cholernie miło usłyszeć, że komuś się podobało i że ktoś w ogóle zechciał przeczytać moją pracę.

Już kiedyś pisałam o docenianiu, ale nie zaszkodzi jeszcze raz. ;) Wszakże to jest naprawdę ważne.

W ogóle odnoszę wrażenie, że nieczęsto się kogoś docenia, sama chyba też nie doceniam kogoś zbyt często, bo też to się może wiązać z tym, że trudno mnie zadowolić i wyłapuję coś, co mi nie odpowiada. Ale kiedy mogę powiedzieć: To jest świetne. Bardzo mi się podoba, ekstra sprawa – to mówię.

Ludzie potrzebują, żeby ich docenić. To jest nie tylko miłe, ale i motywujące. Bo słysząc pozytywne opinie, chce się robić coś dalej, jeszcze więcej, a nie stać w miejscu i załamywać ręce, bo znowu nic.

Słowa mogą sprawić radość, choć częściej jednak chyba sprawiają zawód i kogoś zasmucają…

Strata

Kochałam nie raz. Kto nie kochał?

Kochałam ludzi.

Kochałam swojego psa.

Kochałam moje koty.

I kolejnego psa.

Kochałam słodkie króliki o oczach jak pięciozłotówki.

Tracimy pieniądze, rzeczy materialne, gdzieś je zgubimy, wydamy, oddamy, wymienimy. Przez moment mają one jakieś znaczenie, jakoś ubolewamy chwilowo, gdy czegoś nie ma.

Ale co gdy dostajemy telefon, że ktoś, kogo znaliśmy odszedł? Albo kiedy nasze zwierzę leży martwe i patrzymy na nie, i choć wiemy, że się nie podniesie, bo nie żyje, to jednak w myślach wołamy: ,,Proszę, popatrz na mnie!” Znalazłam się w takich sytuacjach.  Nawet kilkakrotnie.

Nie wiem, czy było coś, co mnie w tamtej chwili pocieszyło. Czy w ogóle może być?

Słowa wtedy nic nie znaczą.

Liczy się strata. I to ona krąży w naszej głowie.

Nie jestem dobra w pocieszaniu, szacunek dla tych, którzy wiedzą jak poprawić komuś nastrój, staram się jak mogę pocieszyć kogoś, kto opowiada mi o swojej stracie, lecz zwykle i tak pada zdanie: ,,Nie wiem, co mam ci powiedzieć w takiej sytuacji.”

Albo co powiedzieć komuś, kto opowiada o swojej chorobie?

Wczoraj siedziałam w szpitalnej poczekalni  i przyszedł tam pan o kulach. Raz siadał, raz wstawał. Dziwiłam się, czemu chodzi, skoro jest o kulach. Pojawił się w kolejce inny pacjent i zagadnął tego starszego człowieka. Okazało się, że panu odcięli nogę i miał protezę. Mało tego, odcięto mu pół stopy w drugiej nodze. Bolało go. Dlatego raz chodził, raz siedział. Była też pani o kuli, z nadwagą, mająca problemy z poruszaniem się. Ratownicy medyczni zanosili ją do gabinetu i pomogli jej wyjść.

W takich sytuacjach nawet wstyd się popatrzeć…

Kochałam ludzi.

Kochałam swojego psa.

Kochałam moje koty.

I kolejnego psa.

Kochałam słodkie króliki o oczach jak pięciozłotówki.

Miłość nie wystarczyła.

Odeszli.

,,Daję słowo” i co dalej?

Dajemy słowo. Przysięgamy i obiecujemy.

Rzadko coś komuś obiecuję, bo wiem, że jak coś nie jest w mojej mocy, to po co kogoś zwodzić i tym samym ranić. Kiedyś przeczytałam takie zdanie: Nie obiecuj czegoś, czego nie spełnisz. I tego się trzymam. Z kolei przysięgam jeszcze rzadziej. Przysięga wiąże się z pewną formułką, jest oficjalna, przysięga się na coś: na swoje/czyjeś życie, na Biblię, na Boga, na czyjś grób lub własny honor. Właściwie to na wszystko, co jest ważne dla konkretnej osoby.

Daję słowo, obiecuję i przysięgam – to wielkie słowa, które wymówione na głos zmuszają nas do pewnego rodzaju odpowiedzialności i obowiązku wywiązania się z czegoś względem innego człowieka. Cena jest wysoka. Można kogoś bardzo zranić. Ja tam czuję się zraniona, gdy ktoś mi coś obieca, a potem delikatnie mówiąc tą obietnicę oleje.

Dlaczego zatem niektórzy nie umieją wywiązać się ze złożonych obietnic? Dlaczego łamią dane słowo?

Bo są lekkomyślni, mówią coś bez zastanowienia i nie przejmują się uczuciami innych? Bo słowa nie mają dla nich znaczenia i żadnej mocy sprawczej? Bo są nieodpowiedzialni? Bo coś nas przerasta i nie potrafimy się do tego przyznać?

Dlaczego?

A jeszcze są też obietnice składane sobie. Och, w tym przypadku chyba żadnej nie dotrzymałam…

 

L. B.