Mało produktywnie

Nie funkcjonuję.

Nie funkcjonuję tak, jakbym chciała.

Bo ogólnie jestem zniechęcona i ciągle zmęczona.

4 dni na uczelni, 3 dni w pracy. W sumie niespecjalnie narzekam. No dobra, nie do końca. Bo na razie nie mam weny do studiowania i jak jestem na uczelni to wolałabym już siedzieć w pracy, a jak jestem w pracy, to czasem chciałabym się wcześniej urwać i nie mogę się doczekać, kiedy wyjdę. Takie rozdwojenie.

Jak mam wolne to siedzę, bo nie mam na nic ochoty.

Czytam książki w tych wolnych chwilach.

Kupiłam i przeczytałam książkę, która ukazała się niedawno. Autorem jest Paweł Reszka, a tytuł to ,,Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy”. Lekarze to teraz temat na topie, bo rezydenci strajkują. W książce przedstawione są wypowiedzi z wywiadów, jakie przeprowadzał autor z lekarzami o różnych specjalnościach, ze stażystami, ze studentami ostatnich lat medycyny oraz z rezydentami. Z ludźmi w różnym wieku i z różnym doświadczeniem zawodowym oraz z różną sytuacją rodzinną i finansową. Sam Paweł Reszka zatrudnił się jako sanitariusz w szpitalu, dzięki czemu możemy w tej książce przeczytać też fragmenty z dziennika sanitariusza.

Ciekawa pozycja, tym bardziej, że świat medycyny mnie ostatnio wciąga i przeczytałam dwa medyczne czasopisma oraz kilka kryminałów, których akcja toczy się w szpitalu i których bohaterowie to lekarze właśnie. Książka pana Reszki przybliża czytelnikowi system funkcjonowania opieki zdrowotnej i daje możliwość poznania opinii lekarzy, co oni sami sądzą o tym systemie, o pacjentach, o swoich zarobkach i swoim życiu przede wszystkim. Momentami byłam wstrząśnięta. Starsi lekarze uważają, że tym młodym się po prostu nie chce, że chcieliby nie wiadomo czego, mówią, że oni łatwo nie mieli, więc dlaczego ci młodzi mają mieć. A młodzi lekarze z kolei mają wielkie trudności, by nauczyć się rzeczy praktycznych (to się zgadza nawet na moim własnym przypadku), są rzucani na głęboką wodę albo spychani do roli sekretarki/sekretarza i po prostu nie chcą być niewolnikami. Mają rację. 6 lat studiów. 6 lat plus staż i rezydentura, a potem załóż własną działalność i pracuj na kontrakcie. A jak pracują na kontrakcie to szpital za nich nie odpowiada i za błędy, jakie popełnią też nie. W książce podają wysokości swoich pensji. 1400, 1700 zł, 2200… Kokosy to nie są, choć padały też dużo większe kwoty w przypadku lekarzy z 15 czy 30-letnim doświadczeniem. Najgorszym mi się wydaje właśnie to zamknięcie i nie dopuszczanie ich do niczego, do robienia poważniejszych zabiegów czy korzystania z dobrego sprzętu medycznego i to, że tak dużo pracują i są tak bardzo przemęczeni.

Mamy mało lekarzy w Polsce, nasze społeczeństwo się starzeje, a jak podano w ,,Małych bogach…” geriatrów w całej Polsce jest tylko 350. Warunki w szpitalach za fajne dla pacjentów nie są. Ta książka pokazuje, że nie tylko dla pacjentów, dla tych, którzy tam pracują też. A nie są to tylko lekarze, ale także pielęgniarki i sanitariusze. I takim oto sposobem każdy się ze sobą męczy, a ludzie, którzy chcieli się poświęcić medycynie i pacjentom tracą to zamiłowanie po studiach, idąc do pracy w szpitalu czy przychodni. I to jest bardzo przykre.

W ostatnich dniach też uświadomiłam sobie, jak bardzo nie umiem języków obcych. Jak wiele zapomniałam. Słabo to wygląda, słabo. A słowniki w domu mam i miałam z niemieckiego same 5 zawsze w szkole, nawet z angielskiego udało mi się ze dwa razy mieć 5, a nie jak zwykle 4. Ale mówić to ja nie umiem tak, żeby się z kimś dogadać, a to się dzisiaj liczy. Bardzo się liczy.

I tak myślę o tych swoich umiejętnościach, że przydałoby się to jakoś poprawić.

Odnalazłam dzisiaj z siostrą grób pradziadków. Zapaliłyśmy świeczkę, pobyłyśmy tam trochę.

Powinnam iść spać już z pół godziny temu. Jutro się nie podniosę, a muszę….

No więc idę już i kończę te swoje mało produktywne dywagacje.

Po studencku

- ,,Zajęcia na 8-mą. Wstałam o wpół do siódmej, jeszcze poleżałam, bo nie chciało mi się wstać.”

-,,Mieszkam w centrum, wszędzie mam blisko, a tutaj tak daleko.” – 25 minut jazdy autobusem. Do pół godziny.

-,,Jeżdżę ostatnim możliwym autobusem. Spóźnię się, to się spóźnię. Nie moja wina. Powinnam zdążyć, a że korek się trafił, co zrobić? Posiedziałam dłużej w domu.”

-,,Trzygodzinne okienko. Ja jadę do domu. Zjem obiad i wrócę.”

-,,Ja też”

-,,I ja.”

-,,A ja jadę kupić torebkę za dwieście złotych w galerii handlowej.”

- ,,Ja zostaję. Jakoś przeczekam te trzy godziny. Muszę.”

Muszę i zostaję na wydziale. Bo dwie godziny zajmuje mi dotarcie do domu i nie zdążę przecież wrócić, bo to kolejne dwie godziny. Poza tym, komu się chce jeździć w tę i z powrotem, a paliwo i bilety kosztują przecież.

Nie pójdę też kupić sobie torebki za 200 zł, bo w przybliżeniu taką kwotę akurat wydaję na miesięczne bilety. W sumie niekoniecznie cię na to stać, jeśli nie pracujesz. Cieszysz się, że w ogóle jest ci dane studiować.

Nie mam tam też rodziny, więc nikogo nie pójdę odwiedzić.

Mogę siedzieć na wydziale, albo włóczyć się po mieście.

Ewentualnie mogę mieć dobrą koleżankę, która zaprosi mnie do siebie na herbatę.

Zdarzało się.

Wstajesz o piątej zero zero i nie masz czasu na leżenie, bo to już twój wyliczony czas, w którym pośpisz jak najdłużej i się wyrobisz, inaczej ci autobus ucieknie, a jak jest zima to jeszcze musisz odśnieżyć auto.

Nie ma spania.

Chciało się edukować, no to masz.

Pochodzisz ze wsi, trafiasz do wielkiego miasta, w którym się nie odnajdujesz i jesteś zagubiona, a obok nie ma nikogo, kto ci pomoże, żadnej przyjaznej twarzy. Trafiasz do obcego środowiska. Kompletnie i albo się odnajdziesz sama, albo zjeżdżaj tam, skąd przybyłaś.

I masz na to wielką ochotę.

Nie jesteś u siebie i nie czujesz się jak u siebie, nawet po 4 latach pobytu.

W miarę funkcjonujesz, ale nie chodzisz po imprezach, ani na piwo, bo nie będziesz miała jak wrócić, ani gdzie przenocować.

A zewsząd słyszysz: Korzystaj ze studenckiego życia.

Taaa. Pokorzystam.

Innych dziwi, że dojeżdżasz tyle kilometrów, ale ty tak wolisz, bo czujesz, że tam nie pasujesz, bo dojazd nawet taniej cię wychodzi niż zamieszkanie na stancji. Bo zwyczajnie nie lubisz tego miasta i nie chcesz tam mieszkać. Co prawda są dziewczyny, które się przeniosły, ale z chłopakiem, a ty go nie masz…

Na zajęciach wielu opowiada o swoich obserwacjach, o miejscach w tym mieście. Ty nie opowiadasz, bo uznaliby cię za przybysza z kosmosu. Wieśniara – to byłaby twoja etykietka, gdybyś zaczęła mówić jak to jest u ciebie.

Jesteś jedną nogą tu, a jedną tu. Nie jesteś ani z miasta, ani ze wsi. To skąd jesteś? I gdzie pasujesz?

Jak wracasz na wieś uwiera cię ten brak rozwoju, brak inteligentnych rozmów, te ciągłe przekleństwa i krzyczenie na dzieci. Ta przyziemność. Z kolei wielkie miasto cię przeraża, boisz się, że się zgubisz, boisz się, że jesteś za głupia i że inni właśnie cię tak postrzegają, udowadniasz, że tak nie jest i ciągle masz ten niedosyt.

Niektórzy cię lubią, innym jesteś obojętna.

Tak to jest. Ale można przetrwać. Ja przetrwałam, to ty też dasz radę.

Niejedna z nas. Nie jesteśmy gorsze. I nie jesteśmy głupie.

Trzymam kciuki za moją młodszą siostrę, która właśnie zaczyna swoją przygodę na studiach i której też się nie podoba, tak jak mi na początku.

Przemek

Wszystko działo się w poniedziałek.

Zajęcia miałam na 8.15. Skończyłam je około godziny 11. Pożegnałam się z koleżanką i poszłam na autobus. Musiałam dostać się do centrum. Jak już się tam znalazłam, spacerkiem wybrałam się do Rektoratu, gdyż miałam tam sprawę do załatwienia, no i miałam dużo czasu do zapisów na wf. Temat wf-u pozostawiam już bez komentarza, bo też być cyrk.

Nie byłam w tym mieście przez trzy miesiące, nie spieszyłam się nigdzie to wybrałam pójście drugą stroną ulicy, niż tą, którą zazwyczaj chodzę. No i sobie szłam, spokojnie, z plecakiem na plecach, z rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała, ubrana w czarne spodnie i skórzaną kurtkę.

Pokonałam połowę drogi do Rektoratu i kiedy miałam przechodzić przez przejście dla pieszych wyrósł nagle przede mną potężny facet. Grubawy, około metra 80, z miłym wyrazem twarzy. W ręce trzymał dużą torbę podróżną, a przez ramię miał przewieszoną mniejszą. Zaczepił mnie. Wiecie, mnie często zaczepiają różni ludzie… Zupełnie nie wiem dlaczego. Chyba posiadam jakieś właściwości magnetyczne, a może mam na czole jakiś niewidzialny dla mnie napis w stylu: Naiwna. Chociaż ten gość właściwie odpowiedział mi na to pytanie, ale dojdę do tego potem.

Facet przeprasza, zaczyna tłumaczyć, że jest spod Krakowa, że przyszedł aż w to miejsce, gdzie byliśmy z dworca, z torbami, że ma tam ubrania, że zaczepił już kogoś wcześniej i że mu wstyd tak zaczepiać ludzi i prosić. Stoję, patrzę na niego i słucham, czekając niecierpliwie aż przejdzie do sedna. Widzi to, że już chcę mu nawiać, więc wyznaje, że gdybym szła z kimś to by mnie nie zaczepił i że przyjechał z okolic Wadowic i Kalwarii Zebrzydowskiej. Pyta, czy byłam tam. Odpowiadam, że tak, jak jeszcze chodziłam do gimnazjum.

- Jestem Przemek – przedstawia się.

Podaje mu swoje prawdziwe imię, nadal nie wiedząc po co mi jego, że niby przedstawienie się jakoś ma nas do siebie zbliżyć, tudzież to pomoże mu uzyskać środki do zrealizowania jego celu?

Mówi, że przyjechał do tego miasta na szkolenie, do 12-go października ma urlop. Wypłata 10-go i nie ma za co wrócić. Jest świadomy, ze mogę mu nie uwierzyć, dlatego proponuje, że pokaże mi swój dowód osobisty. Nie chcę go oglądać.

Ruszam przed siebie. On ze mną.

Mężczyzna potrzebuje 120 zł na bilet do Krakowa. Mówię mu, że nie rozumiem ludzi, którzy przyjeżdżają do innego miasta, z drugiego końca Polski i nie mają za co wrócić. Na co znowu słyszę, że szkolenie, a wypłata 10-go. Taaa, i co z tego? To nie można odłożyć, żeby mieć na powrót albo firma, w której pracuje nie finansuje tego? Chce jeszcze odwiedzić rodziców. Opowiada mi o kobiecie, którą zaczepił przede mną, a która to powiedziała mu, iż będzie się za niego modlić i przewidziała mu, że jakaś dobra osoba mu pomoże. ,,To na pewno nie będę ja” – pomyślałam w duchu.

- Nie mam takich pieniędzy przy sobie – powiedziałam mu.

- To może pójdziemy do bankomatu? Jest tu gdzieś w pobliżu?

I w tym momencie byłam usatysfakcjonowana, bo mogłam go zaskoczyć.

- Nie mam karty do bankomatu.

Zdziwił się. Mocno się zdziwił. Wiedziałam, że taka będzie jego reakcja. Zdjęłam plecak i wygrzebałam z portfela 3 zł. Dałam mu do ręki.

Przez całą drugą część tej rozmowy szliśmy, ja do Rektoratu, a on chciał się dostać do największego parku w mieście, by pozaczepiać innych ludzi i zebrać potrzebne pieniądze. Tam skierowała go wcześniej zaczepiona kobieta. Gdy się rozstawaliśmy podziękował mi i kazał się za siebie pomodlić.

Wczoraj, będąc już przy dworcu i mając wrócić do domu, myślę, że mijałam się z Przemkiem przy przejściu dla pieszych. Nie jestem pewna, bo nie zapamiętuję twarzy obcych, którzy mnie zaczepiają, ale wydaje mi się, że to był on. Miał tylko tą czarną aktówkę przewieszoną przez ramię.

Co jeszcze mi się wydaje?

Że to mogła być jedna wielka ściema. Eksperyment. Badacza, bądź dziennikarza. Kogoś, kto miał w tym interes.

Niemniej życzę Przemkowi, aby spokojnie powrócił do domu.

Pożegnania razy x

Kończę dzisiaj pracę.

Właściwie to może nie kończę. Kończy mi się umowa, więc przyjęłam, że to mój ostatni dzień. A istnieje szansa na pracę weekendową, także kazali mi czekać na telefon, czy tak, czy nie.

Jednak postanowiłam, że dzisiaj się pożegnam z kolegami i koleżankami z pracy.

Nie lubię pożegnań, ale trzeba to zrobić. Nieładnie odchodzić bez pożegnania. Czeka mnie dziś ich sporo.

W poniedziałek wracam na uczelnię, która już zdążyła mi napsuć krwi. Mam wf. Za miesiąc 24 lata i mam biegać po sali gimnastycznej z tuzinem innych osób! Myślałam, że mam to dawno za sobą, tym bardziej będąc na magisterce. No niestety, moja uczelnia bardzo się troszczy o swoich studentów i wpycha im wszystko, co się da, byle zapełnić plan, z którym (jakżeby inaczej) też był problem.

Tak, już się cieszę na to, co mnie czeka. Chociaż nie powiem, że mi nie brakowało tego wszystkiego.

Ostatni rok, a potem kto wie, co będzie. Już nie planuję na przód. Mój nadrzędny cel to się obronić.

Muszę lecieć, może potem uzupełnię ten wpis albo stworzę nowy. ;)

A Jej tytuł: Mość Królewska

Pogoda oszalała (ja jeszcze nie).

I dlatego, oglądając telewizję, jak usłyszałam, że 29-latkę grającą nauczycielkę angielskiego tytuuje się ,,panią profesor” to ze złością pokręciłam głową.

Kiedy ona zdążyła tego profesora zrobić?!

Na uczelni mamy profesorów: zwyczajnych, nadzwyczajnych, doktorów habilitowanych też nazywamy profesorem, bo w sumie uzyskują taki tytuł od uniwersytetu, w którym pracują. Są też doktorzy, magistrzy, no i najniżsi w hierarchii studenci (niektórzy też z jakimś tytułem). Są też inni pracownicy, jak np. osławione ,,przemiłe” panie z dziekanatu czy pani lub pan z portierni.

Jak wiadomo studia licencjackie trwają 3 lata, tj. 6 semestrów, studia inżynierskie 3,5, magisterskie – 2 lata, czyli 4 semestry, no i mamy jeszcze studia jednolite trwające całe 5 lat, to będzie 10 semestrów. Oczywiście, bez żadnych utrudnień, które wystąpią po drodze, jak np. powtarzanie semestru. Wydaje mi się, że to całkiem ładny kawałek życia. Pominęłam zrobienie doktoratu, habilitacji i uzyskanie profesury, bo to też może zająć kilka lat. Poza tym nie orientuję się w tym dokładnie. Ale przy tym wymagane są publikacje, choćby w czasopismach naukowych, a to zapewne też trwa, zanim taki artykuł jeden, drugi, trzeci się ukaże i będzie można go zaliczyć do swojego dorobku naukowego.

Wśród wykładowców spotyka się takich, którzy są uczuleni na tytuły i nawet nie zareagują, gdy go nie użyjesz, jednak są też tacy, którzy mają to gdzieś. Każdemu szacunek trzeba okazać, to nie rodzi żadnych wątpliwości.

Wiadomo, telewizja mądrością nie grzeszy, choć czasem się zdarza, ale jak słyszę określenia ,,pani profesor”, a dana postać pracuje w szkole podstawowej czy liceum, gdzie wiadomo iż tam głównie pracują osoby po studiach drugiego stopnia albo ,,opieka społeczna” to nie umiem być obojętna. Opieka to coś innego niż pomoc. Kiedyś nawet zapytałyśmy o to swoich wykładowców na zajęciach i powiedzieli, że to terminy z PRL-u, a PRL się skończył. Niektórzy mogą nad tym ubolewać, ale go nie ma i powinno dotrzeć do ich czaszek, a dokładniej do tego, co pod nimi mają, a przynajmniej powinni mieć.

Pamiętam, jak w szkole średniej mieliśmy jeden z apeli, oczywiście wielce radzi byliśmy, że musimy tam stać i kwitnąć jak kaktusy na pustyni. W pewnym momencie wice-dyrektor, bądź co bądź nauczyciel geografii, którego nikt nie lubił, magister, żeby zaznaczyć ważny fakt poruszył temat zwracania się do nauczycieli per ,,pani profesor/panie profesorze. Niemal krew się we mnie zagotowała i oburzona powiedziałam do koleżanek, że przecież on magistrem jest i jak pokaże świstek, że ma profesora to ok, będę mówić. Może od razu Wasza Królewska Mość? Podobno nie tylko jego bolało, zwyczajne ,,Proszę Pana/Proszę Pani. Oj, wkurzona byłam. Jak się ktoś chce dowartościować to nie czyimś kosztem, tylko niech idzie i się kształci. Niech zasłuży, by się do niego tak zwracać. Nie tylko ja tak uważałam. Obok mnie stała nauczycielka religii i uciszała mnie, byłam naprawdę zbulwersowana takimi wymaganiami, że zaczęłam głośniej mówić. Ona sama stwierdziła, że nie powinno tak być i że poruszali tą kwestię na radzie czy w pokoju nauczycielskim. Mniejsza o to.

Od lekarza niedawno usłyszałam, że on to nawet przez żadnego profesora nie chciałby być operowany, tylko wolałby takiego lekarza, co na izbie przyjęć zasuwa, bo profesor to od święta operuje, a ten taki młody lekarz na sali operacyjnej jest non stop i mimo że wycina te wyrostki to on i tak by wolał jego niż tamtego, który wiedzę ma, ale z praktyką się mija. Coś w tym jest.

Trudno zmienić pewne rzeczy, lecz to nie znaczy, że nie trzeba próbować. A tytuł, jaki ktoś posiada nie znaczy o tym, jakim jest człowiekiem, co według mnie najbardziej się liczy. W ogóle idea wykształcenia na pokaz mnie irytuje. Mam to mam dla siebie, nie dla kogoś, a już na pewno nie dlatego, by móc się nad kimś wywyższać.