Przed szpitalem

Stałam przed szpitalem.

To stary, niewielki budynek z czerwonej cegły.

Było pochmurno, niebo zrobiło się ciemne, zerwał się wiatr i zaczęło kropić. Po słońcu nie został żaden ślad.

Nie byłam tam sama. Stałam ze znajomą mamy, którą przywiozłam do miasta na zakupy.

To ten sam szpital, w jakim usuwano mi znamiona. I ten sam,w jakim mój wujek leżał po zwale serca.

To ten sam budynek, który zdarzało mi się dosyć często mijać.

To samo miejsce, w którym odwiedziłam jedną z przyjaciółek, gdy urodziła dziecko.

Kilka lat temu znajdowałam się niedaleko i do moich uszu doszedł nieziemski krzyk. Jakby kogoś żywcem obdzierano ze skóry, jakby komuś działa się krzywda. Dźwięk dochodził z góry, z drugiego pięta, a tam mieści się oddział ginekologiczny. Można się domyślić, skąd ten krzyk.

Nie wiem, czy zanim utworzono tam szpital, było tam coś innego. Czy może ,,od zawsze” była to placówka dla pacjentów i lekarzy.

Szpital to miejsce, gdzie rodzi się nowe życie, ale też miejsce, które odwiedza śmierć.

Wracając do początku.

Stałyśmy przed budynkiem, czekając na męża tej pani, ponieważ poszedł zrobić prześwietlenie. Ze środka wyszła starsza kobieta o kuli, którą prowadził młodszy mężczyzna. Prawdopodobnie jej syn. Znajoma mojej mamy prędzej niż ja zaoferowała swoją pomoc w zejściu po kilku schodach, które trzeba pokonać, aby znaleźć się na chodniku. Schorowana seniorka natychmiast zaoponowała i nie przyjęła oferty, tłumacząc, że boli ją ta druga strona, że ma tam opatrunki i podparła się na trzymanej przez siebie kuli. Z drugiej strony asekurował ją nadal syn.

Powolutku pokonała stopnie i znalazła się na płaskiej powierzchni.

Bariery architektoniczne to jedno, ale wstrząsnęło mną trochę to, co starsza kobieta powiedziała do swojego syna:

- Lepiej zostaw mnie pod śmietnikiem. Będziesz miał spokój.

Z moich ust wyrwało się mimowolnie: Ojj. Pomyślałam, że nie wolno tak mówić bliskiej osobie, nawet jeśli czujemy się ciężarem. Żal mi było tej pani, bo ból  i problemy z poruszaniem się naprawdę męczą. Do tego stopnia, że można mieć dość życia.

Ale też nie chciałabym usłyszeć od moich rodziców: zostaw mnie pod śmietnikiem…

Pod ŚMIETNIKIEM. Bo tam się zostawia zużyte, nieprzydatne rzeczy. Odpadki.

Rodzice opiekują się nami, gdy jesteśmy nieporadnymi, nie będącymi z stanie zaspokoić własnych potrzeb dziećmi, więc chyba jesteśmy im winni  zainteresowanie i jeśli trzeba opiekę, gdy dopadnie ich starość. I owszem, mogą jej nie chcieć, jak ta pani z kulą, lecz pomiędzy chcieć a potrzebować jest różnica.

Wiele starszych, niedomagających, schorowanych osób trafia do Domów Pomocy Społecznej (to, że trzeba spełnić odpowiednie warunki i  trudno się tam dostać to też już inna kwestia, jakiej poruszać nie będę). Przykry los. Dlatego też trochę na podziw zasługuje ten mężczyzna, który pomimo nalegań matki (zakładam, że nie pierwszy raz mu tak powiedziała), by ją zostawić, poszedł z nią do lekarza i zajmuje się nią. Warto dodać, że taka opieka nie jest łatwa.

Po prostu życie…

Jakby to powiedzieć?

Może ot tak, po prostu.

Ludzie mają różne strachy i lęki.

A ja m. in. boję się szpitali.

Usunięto mi wczoraj to znamię, o którym pisałam.

Serce mi waliło, denerwowałam się, co było widać, bo po mnie widać wszystko. Zresztą przyszła po mnie siostra, a że było opóźnienie to jeszcze się zobaczyłyśmy po zabiegu i sama to zauważyła. Starałam się oddychać. Nie uciekłam, nie popłakałam się jak kiedyś przy podobnym zabiegu. Lekarz i pielęgniarka próbowali mnie zagadywać. Oboje byli mili, co bardzo doceniam.

Ale przekonałam się po raz kolejny, że nie potrafię rozmawiać z mężczyznami. Za każdym razem palnę coś głupiego. A jak jeszcze się stresuję, to już w ogóle lepiej bym nie otwierała ust. Wiecie, że mam problem ze stresem. Zdaję sobie sprawę, że to wygląda śmiesznie i nietypowo, kiedy ludzie na mnie patrzą w takich sytuacjach, bo też przyjaciele mnie uświadamiali, ale staram się to kontrolować jak tylko mogę, bez brania tabletek. No cóż, trudno, przecież jeszcze tylko zobaczę się z nimi przy zdejmowaniu szwów za dwa tygodnie.

Teraz mnie piecze i boli. A jak prowadzę samochód to już w ogóle. Nie polecam.

Spotkałam w kolejce znowu tego pana bez nogi i z odciętą stopą u drugiej nogi. I wiecie co? Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jaki on odczuwa ból. Porozmawiałam z nim chwilę. Mówił, że nie śpi po nocach, nie może siedzieć, stać zbyt długo też nie. Rana się nie goi. A jeszcze musi dojeżdżać do szpitala…. Naprawdę, nie jestem w stanie. Tak samo jak nie wiem, jak moja przyjaciółka mająca cesarskie cięcie wytrzymywała bez brania leków przeciwbólowych. Po prostu nie wiem.

Na uczelni jest nieciekawa atmosfera. Są takie dwie, co to im wiecznie nic nie pasuje i się rządzą. Nie cierpię takiego zachowania. Chciały zmiany specjalizacji, no i może ona nastąpi. Mi to w sumie wszystko jedno, jaka będzie, byle tylko nie zmienili mi promotora pracy dyplomowej, bo to osoba, którą znam z poprzedniego kierunku, i która najbardziej mi odpowiada i szczęśliwym trafem się u niej znalazłam, przepisując się od poprzedniej. W dodatku te dwie dziewczyny wyśmiewają się z tego, co studiowałam wcześniej i z koleżanki, z którą się teraz zadaję. Powiedziałam jej o tym ostatnio, chociaż wahałam się. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że nie one jedne się z niej śmieją, czego się dowiedziałam od innej koleżanki z roku. Tego już jej nie powiedziałam. To nie w porządku. Socjolog nie powinien oceniać, jak to mówią, a one oceniają. Jeszcze w chamski sposób.

Ok, wiem, że są takie osoby, nie tylko na uczelni, ale też w pracy, wśród znajomych. Jednak nie potrafię przechodzić obok takiego zachowania obojętnie. Staram się w ogóle nie przebywać z tymi dziewczynami i nie rozmawiać z nimi. Niemniej atmosfera nie jest przyjazna i zniechęca do chodzenia tam.

Strata

Kochałam nie raz. Kto nie kochał?

Kochałam ludzi.

Kochałam swojego psa.

Kochałam moje koty.

I kolejnego psa.

Kochałam słodkie króliki o oczach jak pięciozłotówki.

Tracimy pieniądze, rzeczy materialne, gdzieś je zgubimy, wydamy, oddamy, wymienimy. Przez moment mają one jakieś znaczenie, jakoś ubolewamy chwilowo, gdy czegoś nie ma.

Ale co gdy dostajemy telefon, że ktoś, kogo znaliśmy odszedł? Albo kiedy nasze zwierzę leży martwe i patrzymy na nie, i choć wiemy, że się nie podniesie, bo nie żyje, to jednak w myślach wołamy: ,,Proszę, popatrz na mnie!” Znalazłam się w takich sytuacjach.  Nawet kilkakrotnie.

Nie wiem, czy było coś, co mnie w tamtej chwili pocieszyło. Czy w ogóle może być?

Słowa wtedy nic nie znaczą.

Liczy się strata. I to ona krąży w naszej głowie.

Nie jestem dobra w pocieszaniu, szacunek dla tych, którzy wiedzą jak poprawić komuś nastrój, staram się jak mogę pocieszyć kogoś, kto opowiada mi o swojej stracie, lecz zwykle i tak pada zdanie: ,,Nie wiem, co mam ci powiedzieć w takiej sytuacji.”

Albo co powiedzieć komuś, kto opowiada o swojej chorobie?

Wczoraj siedziałam w szpitalnej poczekalni  i przyszedł tam pan o kulach. Raz siadał, raz wstawał. Dziwiłam się, czemu chodzi, skoro jest o kulach. Pojawił się w kolejce inny pacjent i zagadnął tego starszego człowieka. Okazało się, że panu odcięli nogę i miał protezę. Mało tego, odcięto mu pół stopy w drugiej nodze. Bolało go. Dlatego raz chodził, raz siedział. Była też pani o kuli, z nadwagą, mająca problemy z poruszaniem się. Ratownicy medyczni zanosili ją do gabinetu i pomogli jej wyjść.

W takich sytuacjach nawet wstyd się popatrzeć…

Kochałam ludzi.

Kochałam swojego psa.

Kochałam moje koty.

I kolejnego psa.

Kochałam słodkie króliki o oczach jak pięciozłotówki.

Miłość nie wystarczyła.

Odeszli.

Wczoraj

Mój dzień zaczął się później niż zazwyczaj. Dłużej spałam. Miałam mały stres, robiło mi się słabo. Ale przetrwałam. Mam nadzieję, że to przez zmianę trybu życia, a nie jakąś anemię. Nie pójdę już do lekarza, bo ostatnio kilka razy go odwiedziłam. Ze znamieniem, bo mnie odesłano z powrotem.

Poszłam do biblioteki po książki potrzebne do zrobienia prezentacji o grupach etnicznych. Dokładniej o jednej z nich. Dostałam cały stos, ze 30 książek do wyboru. Pani z biblioteki się naszukała specjalnie dla mnie. Głupio mi trochę było, bo to starsza pani, ale lubię tam do niej chodzić, bo wiem, że mi pomoże. System elektroniczny im trochę kuleje, bo tak to sama zamawiam książki i idę potem je odebrać. Nawet mi jest tak łatwiej po prostu. Usiadłam w najdalszym kącie i przeglądam łupy, kiedy przyszedł pewien pan i zaczął mnie zagadywać.

Dyskutowaliśmy o pieniądzach, prawie jazdy, kierowcach, Policji, studiach (pan starał się mnie przekonać, że lepiej byłoby gdybym została inżynierem, bo większe zarobki. No cóż, on ma swoje zdanie, a ja swoje.) Właściwie każdy temat, który zaczęliśmy mogłabym rozwinąć bardziej, przedstawiając swoje stanowisko, ale nie wypadało, ponieważ były tam też inne osoby.

Po powrocie z uczelni poszłam do szpitala w odwiedziny. Na chwilę, bo też ciemno się robiło i tłoczno. Zwykle omijam szpitale szerokim łukiem, nie lubię tam przebywać. Nie czuje się tam dobrze. Na sam zapach robi mi się słabo, ale się przemogłam i poszłam. Może było mi łatwiej, bo latem odwiedzałam tatę na oddziale rehabilitacyjnym.

Nie mogłabym tam pracować…