1 sierpnia

,,Lecz zaklinam – niech żywi nie tracą nadziei

I przed narodem niosą oświaty kaganiec;

A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,

Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec.”

Juliusz Słowacki ,,Testament mój”

Ja tylko na moment, żeby tak się utożsamić z tym dniem. Z ważnym dniem.

Bo gdy była godzina W przebywałam w pracy i tylko słyszałam w radiu jak trąbią syreny. Przez tą jedną minutę. Ku czci i chwale.

Książka pt. ,,Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego, z zawodu pedagoga, jest jedną z moich ulubionych i tych, które mam w pamięci.

I choć patriotyzm dzisiaj zmienia swoje oblicza to kocham Polskę i jestem dumna z bycia Polką oraz posługiwania się językiem polskim.

Nie chcę wyjechać do innego kraju, by tam żyć.

Mój znak to orzeł biały.

I tyle chciałam powiedzieć.

Dobranoc.

O dziewczynach, które walczyły o to, co dla nich ważne

Życie wcale nie jest długie. A otaczanie się wspomnieniami nie zawsze nas dołuje. Spoglądanie na fotografie, które zatrzymały w sobie daną chwilę, jaka już się nie powtórzy, ani nie wróci, nie zawsze łączy się ze smutkiem. Czasem wywołuje uśmiech lub daje motywację.

Zatrzymaną chwilą, która nie wróci – tym właśnie jest.

Mówię o tym, bo ostatnio poszłam wywołać zdjęcia. Między innymi z absolutorium, ze studniówki, z wycieczki do Katowic i kilka z siostrą, rodzicami i przyjaciółkami. Patrząc na nie widzę trochę inną siebie. Szczęśliwą siebie.

Właśnie przeczytałam książkę i chcę o niej opowiedzieć.

,,Dziewczyna, którą kochałeś” to historia tocząca się w dwóch przestrzeniach czasowych: podczas pierwszej wojny światowej i współcześnie, jakieś sto lat później. Jojo Moyes wprowadza nas do świata Sophie Lefevre, Francuzki, żony malarza i Olivii Halston, pochodzącej z Wielkiej Brytanii żony architekta, który zmarł podczas snu we własnym łóżku, mając niecałe 40 lat.

Losy obu bohaterek splatają się ze sobą, choć one same nigdy się nie poznały ze względu na upływ czasu i to, że nie do końca wiadomo, co właściwie stało się z Sophie Lefevre i jej mężem, Eduardem.

Mąż Sophie wyrusza na front, ona sama przyjeżdża do swojej siostry i pomaga jej w prowadzeniu hotelu w miasteczku okupowanym przez Niemców. Musi radzić sobie z tęsknotą, brakiem jedzenia, przenikliwym chłodem, z nienawiścią do okupanta i osądzaniem ludzi, którzy myślą, że została zdrajczynią. Młoda kobieta wykazuje się odwagą, dobrym sercem, sprytem i wielką miłością zarówno do męża, od którego nie docierają do niej żadne wiadomości, jak i do reszty rodziny.

Liv Halston z kolei jest trzydziestoletnią wdową, która nie może pogodzić się ze śmiercią męża. Jej sytuacja finansowa jest kiepska, delikatnie mówiąc. Ma trochę nieporadnego ojca, który nie widzi nic złego w paradowaniu po domu zupełnie nago, nawet gdy otwiera gościom drzwi. Bohaterka jest nieszczęśliwa, a w dodatku przyjaciele próbują ją swatać. Pewnego dnia w jej życiu pojawia się znajoma ze studiów i mężczyzna, jaki odmienia jej smutne dotychczas życie. Paul McCafferty zdecydowanie namieszał w życiu Olivii Halston.

Przechodząc w końcu do tego, co łączy obie kobiety?

Odpowiedź brzmi: Obraz zatytułowany ,,Dziewczyna, którą kochałeś”, uwieczniający młodą, rudowłosą Sophie Lefevre namalowany nie przez kogo innego, jak przez Eduarda Lefevre’a, będący w posiadaniu Liv Halston.

O ten właśnie obraz zostanie stoczona sądowa batalia, gdy rodzina malarza upomni się o ,,swą” własność. Zależy im jedynie na pieniądzach, jakie za niego otrzymają. Z kolei dla Olivii ma on znacznie większą wartość i na pewno nie zamierza go sprzedać. Portret ma ciekawą historię, jaką znają jedynie ci, którzy widzieli go w czasach toczącej się wojny, a większość z nich nie żyje. Ale większość nie znaczy, że wszyscy. Na końcu pojawi się postać  żyjąca w tamtym czasie i wyjaśni czy ,,Dziewczyna, którą kochałeś” została skradziona, czy podarowana.

Mamy miłosne historie, mamy czasy wojny i współczesność, dwie młode kobiety, walczące o to, co cenią i czego pragną, problemy, jakie muszą one rozwiązać, by odzyskać spokój i swoje szczęście, radość z życia. Oczywiście, uda im się, bo czy inaczej miałoby to sens? ;)

I mamy kluczowy element spajający całość: dzieło sztuki, które jednych zachwyciło, przez innych znienawidzone, a dla jeszcze innych stanowiące jedynie bardzo drogi przedmiot, dzięki jakiemu mogą się wzbogacić.

Ale w życiu nie chodzi tylko o pieniądze. Czasem ponad nie wybijają się inne wartości, co pokazuje Liv Halston.

Już bez zanudzania… I polecania, czy też nie, bo to tylko moje zapiski. ;)

Wartości z bliznami

Sparafrazuję słowa, które kiedyś przeczytałam w jakiejś książce. Mówiły o tym, że każdy z nas nosi blizny, tylko u niektórych są one bardziej widoczne.

Losy ludzkie są różne. Przechodzimy obok innych ludzi i nie wiemy, jaką historię mogliby nam opowiedzieć, gdyby nadarzyła się ku temu sposobność. Siadamy obok kogoś w autobusie i nie wiemy, skąd i dokąd jedzie, w jakim celu. Może akurat do szpitala odwiedzić kogoś bliskiego, kto się tam znalazł? A może ma na mieście umówione spotkanie? Z kim – już nie wnikam. I na tym spotkaniu dowie się czegoś, co wywróci temu człowiekowi jego świat do góry nogami.

Czy opłaca się wyznawać wartości, które wpojono nam w procesie socjalizacji w dzieciństwie, jeśli te wartości we współczesnym świecie zanikają? Czy warto być ostatnim bastionem, który będzie o nie walczył? Bywa, że w miejsce dawnych praw i norm pojawiają się nowe, ale czy dobre? I czy można ot tak, po prostu sobie zacząć je wyznawać i w nie wierzyć, bo inni to robią? Czy to złe porzucać stare na rzecz nowego?

Biorąc pod uwagę ,,wymianę” obecnego męża czy żonę na ,,nowszy model”, bo ten/ta się znudziła, bo się poznało kogoś młodszego, ładniejszego itp. – to złe, nieodpowiednie. Czy można jednak w ten sposób patrzeć na to, co wyznajemy, w co wierzymy i czego bronimy, gdy trzeba?

W człowieku są pewne rzeczy, jakich trudno mu się wyzbyć. Ma przyzwyczajenia, stałe zwyczaje, ulubione przedmioty, do których tak się przywiązał lub które tak ułatwiają mu codzienne życie, że z nich nie zrezygnuje. Jest zaufanie do innych ludzi… Lub jego brak. Są przeżycia, doświadczenia, marzenia, może i niezrealizowane, ale oczekujące w myślach na spełnienie.

Ostatnio rozmawiałam z sąsiadem. Za każdym razem podkreśla, jaka jestem mądra i jak on mnie musi bronić przed krótko mówiąc, nieodpowiednimi facetami. (Jakby pod moimi drzwiami jakaś kolejka się ustawiała…). Taki mój niby-strażnik, który chciałby żebym została profesorem. (Ten fragment rozmowy był zabawny). Powiedział mi coś o pewnym gościu, znam go, jest starszy o jakieś 10 lat albo i więcej. Co wyszło? To co zwykle. Chęć na jednorazowy numerek i nara lala.

W nosie to mam, pokazuję im (takim typom, co chcą tylko zaliczyć) w myślach środkowy palec, gdy tylko wyczuję o co chodzi i spławiam. Jednak nie powiem, że nie jest mi przykro. Jest. I pojawia się w takich momentach zwątpienie, czy może nie lepiej byłoby wszystko przewartościować? Wtedy odpowiadam sobie, że nie, ponieważ już NIE BYŁABYM SOBĄ. Utrata szacunku do samego/samej siebie to odarcie z godności i to przez swoją osobę, wyrządzenie sobie krzywdy. I jak to potem wybaczyć?

Oglądałam dzisiaj film pt. ,,Cake” z Jennifer Aniston, tą która grała Rachel w serialu ,,Przyjaciele”. Dobry film. Właściwie to myślałam, że ta aktorka nigdzie więcej niż w ,,Przyjaciołach” nie występowała, a jednak zagrała w wielu produkcjach. Człowiek się uczy przez całe życie.

 

L. B.