O dziewczynach, które walczyły o to, co dla nich ważne

Życie wcale nie jest długie. A otaczanie się wspomnieniami nie zawsze nas dołuje. Spoglądanie na fotografie, które zatrzymały w sobie daną chwilę, jaka już się nie powtórzy, ani nie wróci, nie zawsze łączy się ze smutkiem. Czasem wywołuje uśmiech lub daje motywację.

Zatrzymaną chwilą, która nie wróci – tym właśnie jest.

Mówię o tym, bo ostatnio poszłam wywołać zdjęcia. Między innymi z absolutorium, ze studniówki, z wycieczki do Katowic i kilka z siostrą, rodzicami i przyjaciółkami. Patrząc na nie widzę trochę inną siebie. Szczęśliwą siebie.

Właśnie przeczytałam książkę i chcę o niej opowiedzieć.

,,Dziewczyna, którą kochałeś” to historia tocząca się w dwóch przestrzeniach czasowych: podczas pierwszej wojny światowej i współcześnie, jakieś sto lat później. Jojo Moyes wprowadza nas do świata Sophie Lefevre, Francuzki, żony malarza i Olivii Halston, pochodzącej z Wielkiej Brytanii żony architekta, który zmarł podczas snu we własnym łóżku, mając niecałe 40 lat.

Losy obu bohaterek splatają się ze sobą, choć one same nigdy się nie poznały ze względu na upływ czasu i to, że nie do końca wiadomo, co właściwie stało się z Sophie Lefevre i jej mężem, Eduardem.

Mąż Sophie wyrusza na front, ona sama przyjeżdża do swojej siostry i pomaga jej w prowadzeniu hotelu w miasteczku okupowanym przez Niemców. Musi radzić sobie z tęsknotą, brakiem jedzenia, przenikliwym chłodem, z nienawiścią do okupanta i osądzaniem ludzi, którzy myślą, że została zdrajczynią. Młoda kobieta wykazuje się odwagą, dobrym sercem, sprytem i wielką miłością zarówno do męża, od którego nie docierają do niej żadne wiadomości, jak i do reszty rodziny.

Liv Halston z kolei jest trzydziestoletnią wdową, która nie może pogodzić się ze śmiercią męża. Jej sytuacja finansowa jest kiepska, delikatnie mówiąc. Ma trochę nieporadnego ojca, który nie widzi nic złego w paradowaniu po domu zupełnie nago, nawet gdy otwiera gościom drzwi. Bohaterka jest nieszczęśliwa, a w dodatku przyjaciele próbują ją swatać. Pewnego dnia w jej życiu pojawia się znajoma ze studiów i mężczyzna, jaki odmienia jej smutne dotychczas życie. Paul McCafferty zdecydowanie namieszał w życiu Olivii Halston.

Przechodząc w końcu do tego, co łączy obie kobiety?

Odpowiedź brzmi: Obraz zatytułowany ,,Dziewczyna, którą kochałeś”, uwieczniający młodą, rudowłosą Sophie Lefevre namalowany nie przez kogo innego, jak przez Eduarda Lefevre’a, będący w posiadaniu Liv Halston.

O ten właśnie obraz zostanie stoczona sądowa batalia, gdy rodzina malarza upomni się o ,,swą” własność. Zależy im jedynie na pieniądzach, jakie za niego otrzymają. Z kolei dla Olivii ma on znacznie większą wartość i na pewno nie zamierza go sprzedać. Portret ma ciekawą historię, jaką znają jedynie ci, którzy widzieli go w czasach toczącej się wojny, a większość z nich nie żyje. Ale większość nie znaczy, że wszyscy. Na końcu pojawi się postać  żyjąca w tamtym czasie i wyjaśni czy ,,Dziewczyna, którą kochałeś” została skradziona, czy podarowana.

Mamy miłosne historie, mamy czasy wojny i współczesność, dwie młode kobiety, walczące o to, co cenią i czego pragną, problemy, jakie muszą one rozwiązać, by odzyskać spokój i swoje szczęście, radość z życia. Oczywiście, uda im się, bo czy inaczej miałoby to sens? ;)

I mamy kluczowy element spajający całość: dzieło sztuki, które jednych zachwyciło, przez innych znienawidzone, a dla jeszcze innych stanowiące jedynie bardzo drogi przedmiot, dzięki jakiemu mogą się wzbogacić.

Ale w życiu nie chodzi tylko o pieniądze. Czasem ponad nie wybijają się inne wartości, co pokazuje Liv Halston.

Już bez zanudzania… I polecania, czy też nie, bo to tylko moje zapiski. ;)

Razem ze łzami

Przeszła przez bramę cmentarza. Dobrze wiedziała, gdzie zmierza, w którym miejscu jest pochowany. Stała tam 10 lat temu nad jego trumną. Ta sama alejka, te same drzewa, ta ławka… Podczas swoich wcześniejszych wizyt nikogo tam nie spotkała. Tego dnia było inaczej.

- Dzień dobry – powiedziała z wahaniem. Nie wiedziała czy się wycofać i zostawić mężczyznę samego, czy zostać, zapalić znicz, pomodlić się i pójść sobie. Wybrała to drugie, bo mogła już nie mieć szansy, żeby tam dotrzeć, zanim ten rok dobiegnie końca.

Mężczyzna tylko na nią spojrzał. Wyciągnęła znicz i zapaliła go, po czym postawiła obok płyty nagrobnej. Wybrała czerwony, bo to jeden z jej ulubionych kolorów, mimo że wszyscy tam stawiają białe.

Kiedy skończyła się modlić, mężczyzna obok niej, odezwał się:

- Przepraszam, a Pani się z Nim znała?

- Tak – przytaknęła. – Chodziliśmy razem do podstawówki.

Starała się nie płakać, ale to już i tak nie był dla niej najszczęśliwszy dzień, więc niespecjalnie udało jej się powstrzymać łzy, zwłaszcza w tym miejscu i przy tym człowieku, który również miał łzy w oczach. A łzy w oczach mężczyzny poruszały ją do głębi.

- Chodziłem czasem do szkoły, ale już was nie pamiętam.

- Dorośliśmy.

- No tak – uśmiechnął się. – 23 lata macie teraz?

Potwierdziła. Po chwili dodał ze smutkiem – Czasem się zastanawiam, co by robił, gdyby dorósł.

- Ja też – odrzekła.

- To miło, że ktoś pamięta.

- Ja pamiętam. – Jak mogłabym zapomnieć? – dodała w myślach, a na głos: – Przychodzę tu, jak tylko mogę. Niedługo ma urodziny, a nie wiem, czy będę mogła wtedy przyjść. Czasem przychodzę tu, jak mi smutno.

Uśmiechnął się ponownie.

- Sorry, ale przestawię Twój znicz – powiedział.

- W porządku, jasne – zgodziła się.

- Już pójdę.

- Ja właściwie też.

Rozeszli się, ale potem jeszcze widziała go w sklepie.

Nie potrafiła już pohamować płaczu i łzy pociekły ciurkiem po jej policzkach. Myślała o tym, że dzieci nie powinny umierać, że 12-letnie dziewczynki nie powinny wygłaszać mowy pożegnalnej na pogrzebach, a 23-letnie kobiety nie powinny umierać z miłości, lecz jej doświadczać. Nie powinny pragnąć, by ktoś wyrwał im serce, żeby tak nie bolało, lecz powinny się rozkoszować każdą chwilą życia, bo ono nie jest na zawsze. Myślała o tym, że się dzisiaj wystroiła, by poczuć się kobieco i elegancko, poświęciła więcej czasu na makijaż i fryzurę. W końcu miała na to czas. Więc czy miało sens w ogóle to robić skoro skutkiem i tak tylko było to, że kosmetyki spłynęły razem ze łzami?



Zdjęli mi szwy. Już wrastały w skórę. Pielęgniarka się zdziwiła, że tak się szybko i dobrze zagoiło. Czyżby moje ciało posiadało jakieś specjalne zdolności regeneracyjne, o których nie wiem? Bo w sumie jeśli chodzi o pryszcze to niespecjalnie znikają… Wymienili mi też część w samochodzie, ale jeszcze będę musiała podjechać na warsztat.

 

-

Kontynuacja

Wstanę rano na pół przytomna, zgarnę ciuchy na rękę, pójdę do łazienki, a jak z niej wyjdę uczeszę się i zrobię makijaż. Potem spakuję jakieś śniadanie i wodę w torebkę albo plecak (jeszcze nie wiem, co uda mi się kupić, na razie nie trafiłam na nic, co by mi odpowiadało pod względem zarówno wyglądu, jak i rozmiaru. Aha, i tak, nosiłam plecak będąc studentką, bo w torebkę się zwyczajnie nie mieściłam i nie było mi specjalnie wygodnie), chwycę kluczyki od auta i wyjdę… w ciemność.

(Nie boję się ciemności.)

Następnie będę czekać na przystanku wśród obcych ludzi. (Czasem trafiał się ktoś znajomy, ale właściwie o czym rozmawiać z kimś, z kim się nie miało kontaktu przez kilka miesięcy i kto nie był na tyle bliski, by mu się zwierzać? Poza tym nie ukrywajmy, nie prowadzę wybitnie ciekawego życia, a kogo interesuje co ostatnio obejrzałam lub przeczytałam, jeśli woli imprezy lub coś innego.) Jak długo będę czekać zależy, czy pan kierowca nie zaśpi i czy ruch na ulicy będzie duży, czy mały, czy nie zdarzy się po drodze wypadek …. Albo remonty drogowe, bo tych ostatnio wiele na mieście. A może by tak przesiąść się w pociąg? Więcej przestrzeni, ale rzadziej jeździ. Och, gdyby ludzie mieli tylko takie dylematy!

Spędzę kilka długich godzin w wielkim mieście, które właściwie mnie nie zachwyca, wśród ludzi, których będę musiała poznać, bo chyba jako jedyna zmieniłam instytut, ale nie wydział. Nie otworzyli kulturoznawstwa.

Znowu będę zaliczać sesje, robić prezentacje, będę oceniana za aktywność  (ten punkt to akurat bywa zabawny, bo każdy inaczej rozumie pojęcia aktywności) itd. Nie narzekam, stwierdzam fakt.

Zaczynając licencjat, wybrałam dwa kierunki, na jakie złożyłam dokumenty, teraz też tak zrobiłam. Wiedziałam, że chcę iść na studia. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Zainaugurowanie roku akademickiego okazało się okropnym dniem, a pierwszy dzień zajęć wcale nie był lepszy. Nikogo nie znałam, nie wiedziałam, gdzie są sale. Myślałam sobie: na co ja się zapisałam? Wylądowałam w grupie samych dziewczyn, a one są niefajne. Nie pasuję tam.

Naprawdę tak sobie myślałam.

Teraz wiem, że studia pierwszego stopnia były dla mnie najlepszym okresem edukacji, jak nie życia.

Wiecie, że miałam wątpliwości, co do pójścia na magisterkę i to nie jest tak, że one zniknęły, ale będę musiała sobie poradzić, tak jak sobie poradziłam wtedy.

Kiedyś się śmiałam i protestowałam, gdy dwudziestoparolatek mówił, że jest stary. Teraz chyba zaczynam to rozumieć…



 

L. B.

Dobro do Ciebie wraca. A jeśli nie wróci? Daj mu w pysk?

Za każdym razem, gdy robię porządki w dokumentach, w dużym pudle stojącym w kącie pokoju i na półce z książkami to coś wyrzucę i coś odkryję. Odkryję coś, co przywodzi na myśl dobre wspomnienia i do czego się uśmiechnę. Zbieram różne rzeczy, które skojarzą mi się potem z danym miejscem lub wydarzeniem. (Chcę mieć dowód, że tam byłam, widziałam i to przeżyłam ;D). Niektóre to prezenty. A propos prezentów to nie umiem ich robić, no nie umiem, a od czasu do czasu jestem zmuszona. Zawsze mam problem, ostatecznie coś wymyślam, ale wolę kiedy ktoś mi po powie najzwyczajniej na świecie, czego mu potrzeba. Dostawać je też niespecjalnie lubię. Nieważne.

Starałam się, żeby na mojej półce z książkami nie było nieprzeczytanych pozycji, no ale jednak takowe teraz są. Muszę nadrobić.

Ostatnio chodzę zakręcona jak słoik z ogórkami kiszonymi.

Co mi się przypomniało, to rozmowa dwóch bezdomnych usłyszana na przystanku. Tzn. oni siedzieli na przystanku autobusowym, a ja w pojeździe. Było gorąco, tak jeszcze wtedy było, więc drzwi pozostały otwarte do momentu odjazdu i dlatego mogłam usłyszeć jak Młodszy Bezdomny żali się do Starszego Bezdomnego, że został źle potraktowany gdzieś przez jakąś kobietę, chyba po prostu go skądś wyprosiła. Ale ciekawsze było to, że nawiązał do tego, że uczynione dobro wraca do człowieka i że trzeba postępować dobrze, a to się właśnie zwróci.

Mówi się ,,karma wraca, ,,taka karma”, namawia się do dobrych uczynków, pokazując, że też będziemy mieli z tego jakieś korzyści. Ale te korzyści, to dobro może nie przyjść od razu po zrobieniu czegoś dobrego, no i w sumie raczej nie przychodzi. Może nie przyjść za tydzień, za miesiąc, a nawet za rok czy za 10 lat. Można zwątpić, że spotka nas coś dobrego za nasze dobre uczynki. Można się zdenerwować, zniecierpliwić i przestać być dobrym.

Ta sytuacja z bezdomnymi przypomniała mi się dlatego, że niedawno usłyszałam następujące zdanie: ,,Zło zwycięża wtedy, gdy dobrzy ludzie nic nie robią”.

Dobranoc.

 

L.B.