W hołdzie swobodzie

Taplały się kaczki w brudnej kałuży,

Nie zważały na nic.

- Omiń nas człowieku, jadący samochodem! – niemo rozkazywały.

- Chcemy się bawić! – po kaczemu wołały za nim.

Nie zamierzały schodzić z drogi,

Niczym dwie królowe, którym nie wolno się postawić.

Pluskały się więc kaczki, ciesząc się z czarnej wody,

Mając w nosie wszelkie przeszkody.

A Ty, człowieku umartwiony i zmęczony – zdawały się mówić. – kiedy byłeś tak beztroski i tak wolny?

ducks-1980180_960_720

(Obrazek pochodzi z Pixabay. com)

Tekst poświęcony dwóm kaczkom, które na początku miesiąca, gdy maj przypominał październik, swobodnie, nie licząc się z nikim i niczym kąpały się radośnie w wielkiej kałuży na środku drogi. Akurat tamtędy przejeżdżałam… Ciągu dalszego nie będzie. ;D

Kocie kawiarnie

Jako wielbicielka kotów nie mogłam przejść obojętnie obok hasła kocia kawiarnia. Po raz pierwszy usłyszałam je z ust przyjaciółki, ponieważ chodzą słuchy, że w mieście, w którym studiuję za kilka miesięcy ma taka powstać. Byłam przyjemnie zaskoczona i pomyślałam:

Zaraz, że kawa i koty?!

Koty?!

Że tak przyjemne z pożytecznym? Bo można się i napić (co prawda kawy nie piję, ale coś innego pewnie by się znalazło ;)), i nacieszyć oczy zwierzętami, które są świetne.

Poszłabym!

Wydało mi się to całkiem ciekawym pomysłem, ale zaczęłam się też zastanawiać jak to funkcjonuje i czy tym kotom tam jest dobrze, czy ludziom się to podoba i też skąd te koty są brane (czy ze schroniska, czy to koty właścicieli czy jeszcze jakoś inaczej).

Z informacji znalezionych w sieci dowiedziałam się, że pierwsza kocia kawiarnia powstała w Krakowie. W Trójmieście są podobno dwa takie lokale. Bardzo możliwe, że są gdzieś jeszcze, np. w Warszawie albo w Poznaniu czy Wrocławiu – nie wiem. Jeśli chodzi o świat to pierwsza taka kawiarnia powstała na Tajwanie i to w 1998 roku!

Takie kocie kawiarnie mają też swoje regulaminy, w których poucza się, jak należy się zachowywać wobec kocich towarzyszy kawowej uczty. Pojawiają się jednak głosy, że  niektórzy klienci łamią regulamin i dokuczają tym kotkom, co pozostawię bez komentarza.

Niemniej, jak dla mnie jest to ciekawa idea, bo to chyba lepsza opcja niż schronisko.

A co Wy myślicie?

cat-2213352_960_720 (Obrazek białego mruczka pochodzi z Pixabay.com)

Niecodzienne widoki

Cofając się o jakiś miesiąc wstecz:

Jechałam nocą po siostrę i kuzynkę. Niedaleko, tylko 3 km. Księżyc pięknie rzucał poświatę na wszystko w dole. Nie było się czym martwić.

Spokojnie sobie sunęłam po asfalcie, droga czysta, po bokach żadnych czających się w mroku sarnich oczu, które nieoczekiwanie miałby się znaleźć przed maską mojego samochodu.

Podjeżdżam pod dużą górkę, łączącą się z ostrym zakrętem.

I bam! Hamulec, redukcja. Oczy wytrzeszczone. Twarz niemal rozpłaszczona na przedniej szybie.

Przez drogę postanowiła przemknąć pękata, włochata kulka z białą sierścią, przypominająca borsuka. Jej sposób poruszanie się był przezabawny, jak tak sobie przypominam.

Zaznaczam, że borsuk to nie był. Ani szop. Pierwszy raz takie cudo widziałam na własne oczy.

Więc co?!

Głowiłam się nad tym przez dwa dni. Potem odpuściłam.

A tu nagle wczoraj, oglądając jakieś program informacyjny usłyszałam, jak mówią o szopach i jenotach w Polsce i jeszcze czymś z psowatych, co dopiero przywędrowało do nas, zapomniałam jak się nazywa.

Bam! Jenot.

Klawiatura laptopa poszła w ruch. Słowo wpisane, klik, wejście w grafikę Google. I to było to!

https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/564x/a6/eb/f7/a6ebf7888977537356271647f0c22b6d.jpg

Źródło: https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/564x/a6/eb/f7/a6ebf7888977537356271647f0c22b6d.jpg

Jenot należy do rodziny psowatych, a inne jego nazwy to np. lis japoński albo szop ussuryjski. Pierwotnie zamieszkiwał Azję Wschodnią. To tak jako krótka ciekawostka. Więcej pod tym linkiem:
http://www.ekologia.pl/ciekawostki/jenot-inwazyjny-gatunek-w-polsce,17986.htm
l.

Innym razem, ale to już za dnia, słyszę jak tata woła mnie po imieniu z podwórka. Dopiero przyjechał z pracy.

Co jest, pali się? – myślę. Wyszłam szybko na zewnątrz, pytając: – Co się dzieje?

- Patrz – mówi do mnie.

- Gdzie?

- Tam! Jelenie!

red-deer-1502899_960_720 

(Obrazek z pixabay. com)

Jak na ślepca przystało – nic nie zobaczyłam.

- Gdzie? – powtórzyłam.

Tata jeszcze raz wskazał mi kierunek.

O! Zaświtało. Kształty się wyłoniły z mgły.

Całe stado samych jeleni z rogami wystającymi z głowy przebiegało pole pod lasem. Ile ich mogło być? Ze 20, 30 sztuk na pewno. Może więcej. Niecodzienny widok, nawet dla mieszkańca wsi. Zapewne trwało wtedy rykowisko.

Strata

Kochałam nie raz. Kto nie kochał?

Kochałam ludzi.

Kochałam swojego psa.

Kochałam moje koty.

I kolejnego psa.

Kochałam słodkie króliki o oczach jak pięciozłotówki.

Tracimy pieniądze, rzeczy materialne, gdzieś je zgubimy, wydamy, oddamy, wymienimy. Przez moment mają one jakieś znaczenie, jakoś ubolewamy chwilowo, gdy czegoś nie ma.

Ale co gdy dostajemy telefon, że ktoś, kogo znaliśmy odszedł? Albo kiedy nasze zwierzę leży martwe i patrzymy na nie, i choć wiemy, że się nie podniesie, bo nie żyje, to jednak w myślach wołamy: ,,Proszę, popatrz na mnie!” Znalazłam się w takich sytuacjach.  Nawet kilkakrotnie.

Nie wiem, czy było coś, co mnie w tamtej chwili pocieszyło. Czy w ogóle może być?

Słowa wtedy nic nie znaczą.

Liczy się strata. I to ona krąży w naszej głowie.

Nie jestem dobra w pocieszaniu, szacunek dla tych, którzy wiedzą jak poprawić komuś nastrój, staram się jak mogę pocieszyć kogoś, kto opowiada mi o swojej stracie, lecz zwykle i tak pada zdanie: ,,Nie wiem, co mam ci powiedzieć w takiej sytuacji.”

Albo co powiedzieć komuś, kto opowiada o swojej chorobie?

Wczoraj siedziałam w szpitalnej poczekalni  i przyszedł tam pan o kulach. Raz siadał, raz wstawał. Dziwiłam się, czemu chodzi, skoro jest o kulach. Pojawił się w kolejce inny pacjent i zagadnął tego starszego człowieka. Okazało się, że panu odcięli nogę i miał protezę. Mało tego, odcięto mu pół stopy w drugiej nodze. Bolało go. Dlatego raz chodził, raz siedział. Była też pani o kuli, z nadwagą, mająca problemy z poruszaniem się. Ratownicy medyczni zanosili ją do gabinetu i pomogli jej wyjść.

W takich sytuacjach nawet wstyd się popatrzeć…

Kochałam ludzi.

Kochałam swojego psa.

Kochałam moje koty.

I kolejnego psa.

Kochałam słodkie króliki o oczach jak pięciozłotówki.

Miłość nie wystarczyła.

Odeszli.